Zosia, pipa!

Mój tata wychyla się przez balkon i wydziera się imieniem w stronę mojej mamy:

-Zosia, pipa!

A ona przerywa pielenie grządek i pędem leci w stronę domu.

Czasami z balkonu wydziera się mój brat, czasem ja. Pipa, pipa, roznosi się po okolicy.

Pewnie zastanawiacie się, tak jak nasi sąsiedzi, czym ta biedna kobieta zasłużyła sobie na takie traktowanie.  I czemu tak pędzi do domu, usłyszawszy inwektywę. Może biegnie przylać wyzywającemu? Bez obaw, nie będzie tu dziś wyznań o patologicznym domu rodzinnym. Moja mama po prostu piecze chleb.

Moja mama piecze chleb od lat. To jej wielka pasja. Jej duma. Gorąco do tego wszystkich namawia zapewniając, że to w zasadzie bardzo prosta, nieskomplikowana operacja. Zakwas nastawić, mąki dodać, trzy razy wymieszać, odstawić do wyrośnięcia, upiec. Zapomina tylko dodać, że to wszystko w odstępach jedno lub kilku godzinnych. A to tak naprawdę czyni z pieczenia chleba wielce skomplikowaną operację, rozpisaną na cały dzień i angażującą całą rodzinę. Ciężko temu sprostać, jeśli się nie jest na emeryturze.

Ja to sobie tak wyobrażam, że jeśli ja będę kiedyś babcią i będę piekła chleb, to po prostu zamieszam i usiądę z książką, odczekując ten czas do kolejnego kroku. Moja mama tak nie potrafi. Ona musi jednocześnie przetrzeć schody na strychu, podlać kwiatki na drugim końcu ogródka i skoczyć na chwilkę do miasta. I jeszcze przewiesić pranie ze sznurka, gdzie wiatr wieje ze wschodu na ten, gdzie wieje bryza z południa. Dlatego do pieczenia angażuje cała rodzinę. A mózgiem operacji pozostaje ona, zaś jej przedstawicielem w domu- pipacz.

Pipacz to szatańskie urządzenie, którego nigdzie indziej nie spotkałam. Taki elektroniczny minutnik przyczepiony do lodówki magnesem. Czas, który ma odmierzyć ustawia się, klikając po kolei każdą minutkę, a każde jedno kliknięcie to głośnie, przeraźliwe “piiip”. Po odliczeniu rozlega się przejmujący dźwięk alarmu. Wtedy osoba upoważniona aktualnie przez mamę do pilnowania chleba ma za zadanie zawołać mamę. Najprościej drąc się z balkonu, że pipacz właśnie pipa. Ona przybiegnie i będzie wiedziała, który krok skomplikowanej receptury aktualnie należy wykonać.

Może brzmi to mało szatańsko, ale wyobraźcie sobie, że właśnie skończyliście usypiać marudnego niemowlaka, który lekko drzemie przy piersi, a wy tkwicie zgięci nad nim w ósemkę, bo dźwięk waszych prostowanych pleców na pewno go obudzi. I nagle rozlega się alarm pipacza, który skończył odliczać, następnie trzaskają drzwi balkonowe i dziadek wrzeszczy do babci, że pipa, potem babcia trzaska drzwiami do kuchni i ustawia pipacza na kolejne odliczanie. Bo chleb się piecze 40 minut. Czyli 40 pipów. Czterdzieści!

No. A do tego jest jeszcze mój tata, który też ma swojego konika. Jest to tajemniczy piec. Kolejne szatańskie urządzenie, w piwnicy, które stoi tam chyba tylko po to, żeby zatruwać życie. Niby ma dawać ciepłą wodę, ale tylko mój tata wie, jak z tego korzystać. Dla nas wszystkich to loteria. Pogodziliśmy się już dawno z tym elementem zaskoczenia co wieczór, zawsze to jakaś namiastka rozrywki. Gorąca kąpiel czy zimny prysznic? Kto nie lubi niespodzianek? Czasami piec się psuje, zwykle w najzimniejszy dzień roku. W domu rozlega się kolejny dzwonek alarmowy. Wtedy dziadek zakłada strój roboczy i znika w czeluściach piwnicy na cały wieczór. Podejrzewam, że ma tam gdzieś jakieś tajne wyjście i wychodzi na miasto się zabawić.

Z tym piecem to w ogóle wiele przygód bo to piec na owies. Wiec rodziców kotłownia to taki trochę spichlerz. I kiedyś mieliśmy tam plagę myszy. A znowu innym razem okazało się, że otwór do wsypywania owsa z zewnątrz do piwnicy przecieka i owies … kiełkuje.  Ucieszyłam się, że zbijemy majątek w branży suplementów, ale tata uświadomił mi, że młody owies to nie to samo co młody jęczmień.

No ale do brzegu. Czasami to właśnie mój tata pilnuje rosnącego w piekarniku chleba. A  mama akurat przypadkiem po coś idzie do piwnicy. I nagle on stoi na schodach i krzyczy w dół “Zosia, pipa!”, a ona odkrzykuje do góry: “Zbyszek, dzwoni ci piec!”. I ja sobie myślę,  serio, tyle lat mieszkania razem i tata nadal nie wiem, na ile stopni włączyć chleb? A mama co przycisnąć, kiedy w piecu skończy się paliwo?

A potem sobie myślę, może to właśnie miłość. Żeby po prostu robić swoje.

Żeby wiedzieć, kto jest pipa, a komu dzwoni piec.



***

Dziękuję, że tu jesteś! Może zostaniesz jeszcze chwilkę?

Jeśli masz ochotę,

Dzięki!
Kasia

Jak nie wychować sobie czytacza
17 lutego 2015
Do przechodnia, który gapi się na moje niegrzeczne dziecko
10 maja 2018
Dzień z życia
16 grudnia 2014
Inline
Inline