#wimieniu

Miałam normalne, szczęśliwe dzieciństwo. Mieszkałam w domu z ogródkiem, dla rodziców byliśmy najważniejsi, były wakacje na kempingach i wyjścia do kina i zabawy z siostrami i dziadkowie. Niepełnosprawna siostra nie była – dla nas- problemem, bo była po prostu siostrą. Nie przelewała się nam kasa, ale były książki i wycieczki, nie zaznałam nigdy głodu, nie musiałam uciekać przed pijanym ojcem, nie bałam się wieczorami, wszystko było tak, jak powinno.

Chyba wszystko musi pozostać w równowadze, dlatego od zawsze musiałam sama sobie dosypywać odrobinę goryczy do tego słodkiego obrazka. Zresztą dzieci lubią się bać. Więc opowiadałam sama sobie straszne historie i fundowałam bezsenne noce. Dorwana u cioci Wróżka była wspaniałym źródłem pokarmu dla wyobraźni. Tak samo, jak Faktor x, pamiętacie to jeszcze? Życia po życiu Moore’a też nie podsuwajcie kilkulatkom do czytania.  Więc nasłuchiwałam nocami, czy nie stuka duch człowieka zamordowanego i zamurowanego w ścianach mojego domu. Panicznie się bałam samospalenia i piorunów kulistych. Wyobrażałam sobie, że pochowano mnie żywcem. Tak dobrze sobie wmówiłam, że obrazek w dziecinnym pokoju jest nawiedzony przez zmarłą dziewczynkę, że rodzice musieli go zabrać. Nie przeszkadzało mi, że przedstawia ciotkę, która ma się bardzo dobrze. I że trupa w ścianie musiałby zamurować mój dziadzio, najkochańszy człowiek na świecie. Logika nie przeszkadza porządnie się nastraszyć.

Najbardziej ze wszystkiego bałam się Trzeciej Wojny Światowej. Wyobrażałam sobie ja bardzo często, żeby jakoś psychicznie się na nią przygotować. Wyobrażałam sobie, że samoloty nad naszymi głowami zaraz zrzucą bombę, że ktoś zastrzeli moich rodziców, że nasz dom zamieni się w gruzowisko. 

Te strachy, naprawdę okropne, prowadziły zawsze do bardzo pocieszającego wniosku. Przecież dorośli nie pozwalają, żeby dzieciom działa się krzywda. Można spać spokojnie, bo ktoś uratuje. Ktoś pomoże. Zawsze. Pamiętam to bardzo wyraźnie.

Wszystko zmieniło się, kiedy zostałam matką. Teraz zupełnie świadomie odcinam się od wszelkich strasznych wiadomości. Zwłaszcza od takich, gdzie nic nie da się już zrobić, tylko się bać.

Ale są rzeczy, na które nie da się zamknąć oczu i serca. Obrazy, których nie da się nie widzieć. Dziecko na zdjęciu, maluszek, w takiej samej pozycji jak lubi spać mój synek, pupą do góry. Prawdopodobnie martwe. Mała stopa wystaje spod gruzów, mniej więcej taka jak mojej córki, wiem, bo mierzyłam ostatnio, jak kupowałyśmy śniegowce. I to jest taka chwila, kiedy mam siłę tylko zakopać się w łóżku, zakryć głowę kołdrą i bać się tak bardzo, jak nawiedzonego obrazka.

Tylko co z tego? Co to da, że przepłaczę tydzień, bo taka jestem wrażliwa i tyle we mnie empatii. Równie dobrze mogę udawać, że nic nie wiem o wojnie, która wyszła z moich dziecięcych lęków i trwa. Dla nich bez różnicy, a ja będę zdrowsza.

Albo mogę zostać tym kimś, w kogo zawsze wierzyłam. Kto ratuje. Nie pojadę do Syrii wyciągać dzieci spod gruzów. Co mogę? Mogę wpłacić pieniądze tym, którzy pojadą. Mogę napisać o tym do Was. Mogę dotrzeć do innych z informacją. Mogę to zrobić w imieniu moich dzieci, które są bezpieczne i nie muszą się bać. I w imieniu ośmioletniej siebie, która zawsze wierzyła w dorosłych.

Proszę Was, zróbcie to ze mną. Dołączcie do akcji #wimieniu . Udostępnijcie informację o niej w Social Mediach. Powiedzcie w swoich szkołach i przedszkolach. Bądźcie tymi dorosłymi, którzy ratują dzieci.

 

 

 

 

 

 



***

Dziękuję, że tu jesteś! Może zostaniesz jeszcze chwilkę?

Jeśli masz ochotę,

Dzięki!
Kasia

II Konferencja Bliskości, na gorąco i z serca
20 października 2014
Life is brutal
30 listopada 2015
blog parentingowy
Powiedziane #6
19 marca 2018
Inline
Inline