Więcej płacze, mniej śpi, trudniej zasypia.

Pełni wątpliwości. Samotni. W defensywie. Pełni żalu. Uwiązani. Nie dość dobrzy. Zagubieni. Zmartwieni. Rozczarowani.

Słyszałam coś niecoś o tak zwanych High Need Babys, czyli szczególnie wymagających niemowlętach, ale nigdy nie podpinałam się z Dziulką pod tę kategorię. I na Księgę Wymagającego Dziecka nie czekałam specjalnie. Ale kiedy przeczytałam to, co autorzy piszą o rodzicach takiego dziecka, dosłownie mnie poraziło. Z rodzicem hnb identyfikuję się w 100 procentach! Zwłaszcza teraz, kiedy zmęczenie i wiosenne przesilenie przyniosły lekki kryzys. Lepszej książki nie mogłabym sobie teraz wymarzyć.

Bycie rodzicem wymagającego niemowlaka wbrew pozorom poszło nam dość sprawnie. Zadziałał instynkt. Nieodkładalne do łóżeczka, ciągle wiszące na piersi dziecko. Całymi dniami noszone pionowe przodem do świata, bo tylko tak się podobało. Usypianie noszeniem i bujaniem pod wyjącym okapem bez końca. Myślałam, że każdy tak ma. Na szczęście to, co działało, przychodziło nam naturalnie. Sami wpadliśmy na to, żeby zainstalować ssaka w naszym łóżku. To wypłakiwanie i inne nauki samodzielności osobnika, który nawet jeszcze nie odkrył, że posiada stopy, wydawały się bez sensu. A kiedy jeszcze wyczytałam, że inni ludzie też tak żyją i że naukowe badania popierają, to już w ogóle było po sprawie. Bycie matką niemowlaka było proste. Chciało = potrzebowało = dostawało. Pierś, czułość, uwagę, wszystko. Dlatego rozdziały o opiece nad niemowlęciem w Księdze nie były odkryciem. Wszystko wydawało mi się oczywiste. Chociaż dla kogoś, kto szarpie się z własnym dzieckiem z pomocą dziecięcej szeptunki czy próbuje się dogadać jakimś jęykiem niemowląt, może to być prawdziwe objawienie. Dla nas, a może dla mnie, problemem nie było wymagające dziecko, ale bycie rodzicem wymagającego dziecka.

Rodzicem, który jest samotny w swoich doświadczeniach. Który zewsząd słyszy, że robi źle. Szkodzi, rozpieszcza, nie uczy, wstrzymuje rozwój, podcina skrzydła. Kiedy czytałam część poświęconą rodzicom, chciało mi się płakać. Z ulgi. Co chwilę czytałam mężowi na głos jakiś kawałek. *Hej, ja właśnie to czuję, wiesz? To o mnie. *To czuję, kiedy koleżanki w dobrej wierze tłumaczą mi, jak nauczyły swoje dzieci zasypiać we własnym pokoju. Równie dobrze mogłyby mi dawać rady, jak nauczyć moją córkę stać na głowie i grać na banjo po angielsku. Trzy słowa. NIE DA SIĘ. To czuję, kiedy lekarz każe odstawić od piersi. Kiedy kolejny raz odwołuję wyjazd czy wyjście z domu. Kiedy zastanawiam się kolejny raz, czy to ze mną jest coś nie tak? Z nią? Coś robię źle? Krzywdę? Coś odbieram? A może POWINNAM….? Kiedy po kolejnym ciężkim dniu myślę sobie i wbrew sobie *nauczyłam więc mam, trzeba było o razu ostro, nauczyć, przyzwyczaić *i od razu mi za te myśli wstyd.

Dlatego Księga Wymagającego Dziecka tak bardzo jest mi bliska i potrzebna. Bo owszem, w jednej części to instrukcja obsługi niemowlęcia, podsuwająca rozwiązania, o których nie mówi się w telewizji i nie pokazuje w kolorowych gazetkach. Ale z wielkim szacunkiem dla instynktu rodziców. Ale poza tym to książka o rodzicielstwie. O tym, jak się odnaleźć, jak sobie pomóc i jak się nie wypalić (część o wypaleniu matki! To powinni rozdawać na każdej porodówce). Ciągle znajduję w niej inspirujące fragmenty. Ciągle czytam coś, co zakotwicza się w mojej głowie i nie daje spać. Jestem pewna, że będę do niej nie raz wracać w razie konkretnych problemów i w kryzysowych sytuacjach. Autorzy- pediatra i pielęgniarka, rodzice ośmiorga dzieci to ludzie, do których mam całkowite zaufanie. I tak, to oni „odkryli” HNB.

Na koniec, to książka, którą powinien przeczytać każdy krytyk RB, który myli ten nurt z bezstresowym wychowaniem. Autorzy ostrzegają, że wychowanie wymagającego kilkulatka bez stresu na pewno się nie obejdzie. Bo tak jak łatwo niemowlę osądzić jako „manipulujące” i „rozpieszczone” i zaniedbać jego potrzeby, tak łatwo można starszemu dziecku przypiąć łatkę „wymagającego” i spróbować za wszelką cenę oszczędzić mu stresu i frustracji. A według Searsów, jako rodzice, mamy za zadanie nauczyć nasze dziecko życia w świecie i jego słabości przekuć w zalety. Ukierunkować jego rozwój. Nie, nie na wszystko pozwalać.

Pewni siebie i odprężeni. Dumni. Pewni swojej racji. Związani

Dziękuję Ci, córko, że jesteś takim wymagającym dzieckiem. Ze tak silnie walczyłaś o swoje potrzeby na początku. Dzięki temu łączy nas teraz wspaniała, specjalna wieź, która procentuje. Searsowie piszą, że życie z „łatwym” dzieckiem to jak jazda karuzelą, spokojna i przewidywalna. No więc ja nie mogę się doczekać, dokąd zawiezie nas nasz rollercoaster.

Pogrubione nagłówki to opisy doświadczeń rodziców HNB z książki.

Księga wymagającego dziecka

William i Martha Sears

mamania, 2015

do kupienia tutaj