Uwaga na głowę!

Plac zabaw. Dziulka szaleje na zjeżdżalni.

Ulubiona zabawa, po tatusiu to ma, im wyżej i szybciej, tym lepiej. To chyba ten sam gen, który kazał jemu kiedyś w drodze z pracy spontanicznie skoczyć sobie na bunji. No bo czemu nie? Ja nie posiadam, ja tylko kucam pod zjeżdżalnią i łapię w locie moje roześmiane dziecko.

Dziulka jest za mała na szczebelki drabinki, trzeba ją wysadzić na górę. A tam ona grzecznie czeka, aż ja oblecę ustrojstwo i przyjmę pozycję bezpieczną na dole. I rusza, żeby usadzić się na powierzchni jezdnej. Po drodze mija rurkę, w którą za każdym razem przywala odzianym w czapkę czołem, aż dzwoni. Ale nic to, żądza adrenaliny silniejsza niż ból i wszelkie przeszkody.

Za każdym razem wołam Uważaj na głowę! Ale gdzie tam. Zero efektu. Wołam i wołam i za każdym razem bęc. Ale teraz uważaj na główkę! Uważaj na głowę, Nina. Głowa, Ninko! *Nic. *

I nagle olśnienie. Słyszę, jak abstrakcyjnie brzmi to moje ostrzeżenie. Bo co to w ogóle znaczy uważaj na głowę? Zwłaszcza dla takiego malucha?

Tym razem, kiedy mały ludzik szykuje się do wielkiego kroku, mówię: *Nina, zobacz, tam przed tobą jest żółta rurka. Jeśli trochę się schylisz, to nie uderzysz się w czoło. *

Eureka, matko.

Jak często to nie oni nie słuchają, tylko my mówimy bez sensu?