Twoje dziecko też w końcu zaśnie !

Wiele rzeczy mi jako młodej matce obiecywano. Nastawiłam się, ucieszyłam, rączki nie raz zatarłam z uciechy. A tu nic. Nic się nie spełniło, proszę państwa. No jak to tak można, młodym matkom robić nadzieję?

Spanie. Spektakularna to u nas dziedzina, kto czytał, ten wie (tu i tu na ten przykład). Po pierwsze przyznawać się, specjaliści z rodziny, kto mi obiecał, że mi nigdy dziecko z łóżka nie ucieknie? Że prośbą, groźbą, przekupstwem i największą na świecie tablicą motywacyjną z uśmieszkami nie przekonam małolata do spania w swoim łóżku, w miejsce rozwalania się w poprzek naszych 140 małżeńskich centymetrów? Otóż pewnego dnia latorośl, skończywszy 2 lata i 5 miesięcy, skupiła się nagle w swoim pokoju (od razu obwąchałam pampka, ale nie) i oznajmiła, że od dziś nocuj tutaj. I tyle było z uroczych przytulasów nad ranem i wylegiwania się razem do 10. Teraz muszę o nieludzkiej 6 godzinie krokiem zombie kierować się do dziecinnego w akompaniamencie "maaaaamooooo, pojaaaaneeeek!". Zasypiać też miała się sama nie nauczyć. Wiadomo, psioczył człowiek na te noszenia, leżenia, bujania. Ale jednak trochę się w głębi serca cieszył, że jeszcze troszkę mu zostało tej bliskości, co to zaraz okaże się obciachem (fuj! matka!). A tu nagle dziecko miśka bierze, a matce każe bajkę na dobranoc opowiadać. Na siedząco! Obok łóżka! Skandal!

Karmienie piersią. Kto, gdzie i ile, to już każdego osobista sprawa. Ważne, że obiecywali, że się nigdy samo nie odstawi. Karmisz nadal? Ojoj, no to przechlapane! Teraz to już do osiemnastki. A już na pewno do wczesnej podstawówki. Dopiero, jak będzie jakieś kieszonkowe do zabrania to może się zgodzi przestać. No i co? Samoodstawienie istnieje. I ma się świetnie. Bierze drugi kredyt na mieszkanie i jeździ na wakacje do Egiptu. I żeby się chociaż szło jakoś przygotować psychicznie. A tu nie, jednego dnia masz cycocholika, a zaraz budzisz się o 23.30 szykując "kakało w kubeczku " dla dużej dziewczyny.

Mamoza. Matki znają to pojęcie. Jest to stan, kiedy matka jest dziecku niezbędna do funkcjonowania jak tlen. Nie ma mowy o życiu. Każda próba wysikania się wymaga planowania jak w brytyjskim wywiadzie i pomocy czterech dobrze zbudowanych dorosłych. I nie zawsze się udaje. Tak jedna na cztery. Specjaliści zdiagnozowali mamozę w naszej rodzinie jako efekt mojej wychowawczej mierności i zapowiedzieli, że nigdy, nigdy się nie skończy. Nagle, po krótkim epizodzie tatozy, która jednak jest trudniejsza do zrealizowania z powodu kariery zawodowej obiektu, mam dziecko, które mówi mi "do zobaczenia", kiedy wychodzę na dwa dni. I ściskamy się radośnie po powrocie, stęsknione.

Jak będzie starsza, to dopiero zobaczysz. No i rozglądam się. I szczerze? Nie widzę tego, co miałam zobaczyć. Widzę dużo wspaniałości, ale obawiam się, że niewiele z tego to słodkie owoce mojej niezawodnej metod wychowawczej, konsekwencji i poświęcenia. W zasadzie mam wrażenie, że bardzo dokładnie widzę jedno: bez względu na moje wysiłki, nauki, treningi i starania, dziecko po prostu po kolei do wszystkiego dorasta. Samo. Ze mną, idącą trzy kroki za nim i służącą wsparciem. Ale moje popychanie nie przyspieszy naszej podróży.

Została jeszcze ta nieszczęsna pielucha. Kiedyś może bym się zastanawiała, co robię nie tak, że moja córka, która opowiada nam bajkę o smoku wawelskim na dobranoc, nie umie się wysikać na nocnik. Teraz mam to gdzieś. Czekam. I luz!