To kosztuje

Ośmiolatek płacze na koloniach. Jechać do niego? A co z młodszym rodzeństwem?

Gościnnie pisze Magda:

Mój syn (8 lat) pierwszy raz sam poza domem: tydzień nad morzem na zielonej szkole. Sam to wymyślił. Sam chciał jechać. Jadą koledzy i koleżanki z klasy, więc On też. Uśmiecham się, choć na sercu ciężko, upewniam wielokrotnie, czy jest zdecydowany – no jest. Kilka razy przed wyjazdem poważna rozmowa: – Czy sobie poradzę? Uspakajam, tłumaczę, a na sercu jeszcze ciężej. Pakuję torbę, ostatnia kąpiel i pytanie, które totalnie mnie zaskakuje: – To teraz to już takie nieodwracalne? Mętlik w głowie. Powiem, że tak, to może nie pojedzie. Nie, są różne sytuacje… – wyjaśniam. Wreszcie na miejscu. Koleżanka przysyła mi zdjęcie z plaży. Lżej na sercu. Pierwszy telefon: OK! Drugi: ja tu nie wytrzymam! Dajmy sobie czas, myślę, ale huśtawka się powtarza. Żyję jak na wulkanie: raz euforia, raz czarna rozpacz. Mijają dni. Mam dość. Decyzja w godzinę. Jadę Go odwiedzić. Zabieram córkę (5 lat), bo ta na wieść o mojej eskapadzie wpada w histerię, zostawiam dwulatka, jeszcze na piersi. Pełne szaleństwo. Podróż trwa 15h, 4 przesiadki, jak repatrianci. We dwie biegniemy do Niego brzegiem. Nie ma łez radości, nie słyszę „dziękuję”, ale nie po to przyjechałam. Przyjechałam dla siebie, żeby w swoich oczach być w porządku. Popołudnie plus dwa dni nad Bałtykiem i kilka stów poszło się paść. Wracamy z grupą wycieczkowym autokarem, moje dzieciaki śpią na sobie, a mnie na kolanach czyjaś okresowo wymiotująca córka. To tyle w temacie „sprawozdanie z podróży”, a teraz pora na komentarze osób trzecich: warto było? byłapani umęczona? chciało się tak pani? tracić czas i pieniądze? Słucham i przypomina mi się Kamiński, którego pewien dziennikarz pytał, czy na Biegunie było trudno… Słucham i tak sobie myślę: chyba kompletnie umknęło wam sedno sprawy! Prawdziwy koszt tego wyjazdu to moja relacja z synem, to zaufanie, to potwierdzenie, że zgodnie z tym, co zawsze powtarzam, może na mnie liczyć i zawsze Mu pomogę, to bycie w zgodzie z własnym sercem i sumieniem. Szczerze, to nie wiem, czy i jak to kiedyś zaprocentuje. Nawet nie mam na to wpływu, bo wpływ mamy tylko na nas samych, na nasze słowa, myśli i czyny. Wierzę, że dobrze zrobiłam, jakkolwiek ktokolwiek to oceni. I tak sobie myślę: pytania z innej planety lepiej zostawić bez odpowiedzi :)

/mkh