Time out dla dwulatka

Czyli coś mi się tu kupy nie trzyma…

Bardzo fajny numer Wysokich Obcasów czytałam ostatnio. I o krakowskiej marce boho było, i fenomenalne zdjęcia Kate T. Parker, i na deser wywiad z panią doktor Barbarą Arską – Karyłowską pod obiecującym tytułem „Jak najmniej kar”. I ten słodki deser okazał się jednak gorzkim rozczarowaniem. Bo pani doktor zaczęła od tezy, z którą bardzo się zgadzam, a mianowicie, że nie powinniśmy opierać wychowania dziecka na karach, bo to już nie nauka, a tresura. Mądre bardzo to słowa, sama tak intuicyjnie czuję i cieszę się, że taki autorytet się w tym tonie wypowiada. Ale im dalej w las, tym więcej drzew być powinno, a były zamiast nich tylko jakieś kwiatki. Co chwila coś, co jakoś mi się nie podobało. Ale co ja tam wiem, to przecież pani doktor ma wiedzę naukową, prawda? Ja mam dopiero jedno dziecko i do tego małe, coś mi się może wydawać, coś tam poczytałam, ale może źle myślę? Aż doszliśmy do momentu, gdzie mnie zalała fala zdziwienia. Patrzcie, o tutaj:

IMG_0499

Widzicie to? I tutaj, jako mama dwulatki, przyznaję sobie kompetencję, by się z panią doktor nie zgodzić.

Tresura jak wygląda, każdy widzi…

Dla malucha najważniejsza jest sama akcja, ugryzł – został odseparowany. Zrobił coś złego – został ukarany. Co to jest dla was, jeśli nie tresura? No co? Dla mnie to jest przepis na małpkę z cyrku. Jest sztuczka, jest banan, Nie ma sztuczki, jest klatka. Dziecko na pewno załapie, że taka jest kolej rzeczy, że za ugryzienie następuje kojec. Czyli sukces jest, tak? No nie dla mnie. Bo ja nie chcę, żeby moje dziecko nie gryzło, bo wsadzę do kojca, dam klapsa, wstrzymam kieszonkowe i przyjdzie pan policjant i zabierze. Dziecko do więzienia znaczy, nie kieszonkowe. Nie chcę, żeby nie biło psa, bo pies się zezłości i ugryzie. A co, jak mama nie widzi? Jak pan policjant nie znajdzie dowodów? Jak pies mały, albo chory, albo w kagańcu? No to już można, tak?

Tymczasowa prowizorka

To przecież tylko taka prowizorka, powie ktoś, tymczasowe rozwiązanie zanim dziecko nie dorośnie do tłumaczenia. No bo na razie nie rozumie. A jakoś to gryzienie trzeba powstrzymać. No dobra, a kiedy zaczynamy tłumaczyć? Bo dwulatek za mały, czyli sru, do kojca. A w dniu trzecich urodzin nagle trach, otwiera się klapka w mózgu i już można wziąć kojec poprzedzić poważną rozmową o życiu? Czy wcześniej? Czy później? Kto o tym decyduje? Skoro i tak nie tłumaczymy, bo nie ma sensu, to jak wyłapiemy ten moment, że już można? Kiedy ten błysk zrozumienia damy radę zaobserwować? I czy nam, przyzwyczajonym do kojcowych rozwiązań nagle zdąży się nawyk rozmowy, tłumaczenia i wyjaśnienia rozwinąć? Zegną nam się plecy, by zrównać się wzrokiem z małym człowiekiem, czy nadal nam będzie łatwiej po prostu sięgnąć ręką z wysoka? A jak już będzie na tyle duże, że z kojca wylezie, to co tej ręce pozostanie? Może klaps? Albo liść? Albo szarpnięcie? Bo zawsze się znajdzie zagadnienie na tyle trudne, że nie będzie się 3,6,17 latkowi opłacało rozwodzić w tłumaczeniach.

Pani chyba dwulatka nie widziała…

Podobno pani doktor ma dziecko a nawet wnuki. Więc z dwulatkiem miała do czynienia. Ale może już nie pamięta. Mojej córce do dwóch lat brakuje jeszcze trochę, ale mam wrażenie, że nic innego nie robię całymi dniami, tylko rozwodzę się w tłumaczeniach. To, jak chłonny jest umysł takiego malucha i jak rządny wyjaśnień jest aż nieprawdopodobne. Więc tłumaczę. Gadam i gadam. I ta jeszcze nie dwulatka rzuciła kiedyś drewnianą zabawką. Ciężką jak cholera. Przypadkiem w moją bosą stopę. Auć. Bardzo auć. Puściłam wiązankę przekleństw bezgłośnie, zdusiłam w zarodku reakcję odruchową „zrobię z tym porządek raz na zawsze” i kiedy już odzyskałam zdolność widzenia przez łzy wzięłam się do tłumaczenia. Pokazałam palec, przywołałam zdarzenie niedawne i jakże tragiczne krok po kroku. Rzuciła, nie celowała, palec boli mamusię. Dwulatka nierozumna w płacz. Zanosi się i chlipie, że nie chciała. Gwoli ścisłości to zasmarkaniec mówi „ciałam, ciałam w mamusię”, ale miesza jej się czasem to całe dodawanie „nie”, a przynajmniej taka mam nadzieję. No to tulę, tłumaczę dalej, że wiem, że dlatego nie wolno rzucać ciężkimi rzeczami, a lekkimi tylko po sprawdzeniu, czy droga wolna. I co? Już nigdy ciężka zabawka nie została rzucona. Piłki latają w powietrzu z adnotacją, że „nie cie kogoś rzucać”. A co jakiś czas przychodzi do mnie, patrzy poważnie, i pyta: „rzuciłam ciebie. Paluszek nie boli cie?”. I dmucha, na wszelki wypadek. Ale może chodzi o to, że nie mamy kojca.