Tag: emocje

Świat się kurczy, świat rośnie

Kiedy byłam dzieckiem, funkcjonował w moim małym świecie kierunek “pod krzyż”. Pod krzyż chodziło się na przykład z babcią Jancią. Babcia brała dwie plastikowe butelki wypełnione deszczówką oraz od jednego do trzech sztuk chętnych dzieci. Szła naszą uliczką w górę, w stronę pól, do małej kapliczki. Tam podlewała kwiatki, pieliła to co było do wypielenia, prawdopodobnie trzaskała jakiś dziesiątek, a my wałęsałyśmy się dookoła.

nie planuję poświęcać się dla dzieci

Nie planuję się poświęcać dla dzieci

Zarzucono mi, że mam problem. Że całe nasze pokolenie ma problem. Bo myślimy o sobie. Za dużo u nas JA. A to niedopuszczalne, kiedy jest się rodzicem. Bo powinno się mieć przed oczami, z tyłu głowy, na czubku języka tylko jedno. Dziecko. Tyle, że łatwo przerzuć dziecko z serca na plecy, jako brzemię i do nogi, jako kulę na krótkim łańcuchu. A ja nie planuję poświęcać się dla moich dzieci.

Nie mów mi tak, nie pomagasz!

Siedzę właśnie w naszym pokoju w domu moich rodziców, późnym popołudniem, za oknem resztki śniegu. W domu spokój. W moim sercu spokój. Moja córka poprosiła mnie o zniesienie ze strychu jednego z pudeł z zabawkami z naszego starego mieszkania. Teraz wyciąga, jednego po drugim, ulubione miśki. Synek śpi. A ja wreszcie, pierwszy raz od dawna mam chwilę dla siebie. Dopiero kiedy usiadłam na tyłku, z komputerem na kolanach poczułam, jaka jestem zmęczona.

Złość matki

Złoszczę się niemal codziennie. Wściekam się tak, że aż mam ochotę coś rozwalić. Najgorsze jest to, że muszę się wściekać do środka i to, co akurat mam pod ręką do pieprznięcia o ścianę to moja godność osobista ewentualnie dobre samopoczucie. O ścianę wątroby se nimi mogę rzucić. Co najwyżej. Bo jak inaczej przy dziecku?

Czuję, że potrzebuję

Maj, a może początek czerwca. Wracamy z wycieczki. Akurat trafiliśmy na straszną letnią burzę. Pierwszy raz widzę coś takiego. Grad, prawdziwy grad w lecie. Łomocze o dach samochodu. Dziulka śpi mino tego hałasu, tylko dwulatki to potrafią. Na poboczach stoją samochody, kryją się pod drzewami. My suniemy w sznurze odważnych, 30 na godzinę, ale do przodu. Nagle nachodzi mnie okropna ochota na truskawki. W końcu to pełnia sezonu, przy drodze mokną opuszczone w pośpiechu stoiska handlarzy.

Logiczne?

Zbieramy się do wyjścia z domu. Chaos, pośpiech, pot po tyłku kapie. W jednej ręce niosę torbę, drugą dorzucam kolejne rzeczy, trzecią prowadzę Dziulkę, rozglądam się za zgubionym telefonem, pies się pląta pod nogami, podniecony.
Nagle moje oko bystre wyławia w białej czystej kuchni plamę koloru. Konkretnie żółtego. Psie siki!!

bardziej

Całe życie uczymy się, jak być samowystarczalnym. Niezależnym, samodzielnym, jak to ładnie brzmi, jak zaleta. Jak osiągnięcie. Uczymy się, żeby ostrożnie obdarzać zaufaniem i zawsze mieć plan awaryjny. Żeby razem, ale jednak stawiać troszkę bardziej po swojej stronie. Liczyć na siebie. Nie dawać całej ręki w ślad za palcem. Dbać o siebie, bo jak nie my to kto o nas zadba? Trzymać kurczowo to, co udało się już zdobyć. Związek, wiadomo, ale nie daj sobie wejść na głowę. Nie bądź frajerem. Miłość najważniejsza, romantyczne dwie połówki pomarańczy, wreszcie odnalezione, ale jakby co to intercyza nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Życie.

Inline
Inline