Sto lat Nina!

Moja córka ma rok.

Ma  własne słowa na psa (au), kota (cici), samochody, rowery i motocykle (bu), piłki i balony (mam), pszczoły (byy) i pewnie masę innych, których jeszcze nie rozszyfrowaliśmy.

Próbuje jeść łyżką i widelcem.

Pije ze szklanki.

Chodzi z mamą albo tatą za rękę.

Wozi lalki samochodem albo lula je do snu.

Czyta książeczki, pokazuje zwierzątka na obrazku, mruczy i kwa głową (tak, to jest pies).

Wącha wszystkie kwiatki, nawet te narysowane. Ryje noskiem w książce i robi „fufu”.

Macza przyrząd do puszczania baniek w pojemniczku z płynem, podtyka nam pod twarz i dmucha noskiem pokazując, że też mamy dmuchać.

Lubi porzeczki, nie lubi jabłek.

Jak je bułkę, to wyskubuje środek.

Ma poczucie humoru i lubi się wygłupiać (patrz tata jak rymnęłam na pupę). No dobra, nie jest to humor najwyższych lotów, ale jest.

Karmi mnie jedzeniem.

Daje mi buziaki.

Jak tylko obudzi się z drzemki pokazuje na mnie palcem i szeroko się uśmiecha.

Fajna z niej dziewczyna.

Sto lat Nina!