Potrzebujesz wioski

Przyznałam się już wam, że zaczepiam sąsiadki?

Mieszkałam już w wielu miejscach, w niektórych nawet długo, ale nigdy nie kojarzyłam sąsiadów. Kiedy kogoś mijałam na schodach, mówiłam jakieś cześć czy dzień dobry, ale na ulicy zapewne bym nie rozpoznała. I wcale nie interesowały mnie sąsiedzkie kontakty. Miałam swoich przyjaciół, swoje towarzystwo na uczelni i w pracy i naprawdę nie potrzebowałam znać ludzi, z którymi dzieliłam ścianę czy klatkę schodową. Do czasu. Do czasu porodu konkretnie.

Zaczepiłam sąsiadkę po raz pierwszy po tysięcznym pierwszym samotnym spacerze z wózkiem. Stwierdziłam, że tysiąc drugiego w ciszy nie przeżyję. Muzyka i audiobooki przestały wystarczać, mój mózg łaknął rozmowy. Wypatrzyłam ofiarę (losu), która tak jak ja krążyła w okolicach osiedla i wprosiłam się na kawę, a co. Wierzcie mi, to nie było zagranie w moim stylu. Nie jestem za dobra w zawieraniu znajomości i rozmowach z nieznajomymi. Ale mój instynkt macierzyński zarządził, że potrzebuję wioski.

Teraz moja wioska rozciąga się na całe osiedle. Z zaprzyjaźnionymi matkami widujemy się codziennie. Dzieli nas dosłownie wszystko. Gada nam się wspaniale. Nasze spotkania na kawie… No cóż, czasami wypadają o takiej porze, że jakiś mąż i ojciec zdąży wrócić z pracy. Zazwyczaj od razu wtedy wychodzi z psem albo przypomina sobie, że ma coś pilnego do załatwienia na parkingu, przy śmietniku albo na mieście. Poziom hałasu i chaosu jest niesamowity. I bałaganu. Niańczymy dzieciaki, czasami swoje, czasami czyjeś. Ktoś gotuje, ktoś częstuje wszystkie dzieci zupą, ktoś na szybko robi racuchy. Każda dopija zimną kawę i przekrzykuje dzieci, grające zabawki i Peppę.

Zabawki, ubranka, gadżety, wózki i książki krążą w zamkniętym obiegu. Kiedy komuś czegoś potrzeba, zazwyczaj jest do pożyczenia na osiedlu. Nasze dzieci rosną razem i nie mają problemu, żeby zostać z jakąś „ciocią” na dłuższą lub krótszą chwilę. Razem świętujemy kolejne urodziny. Śmiesznie wspomina mi się, jak jeszcze niedawno najstarsze „nasze” dzieciaki ledwo siedziały, a teraz najmłodsza już sama chodzi.

I coś mi się wydaje, że ta nasza wioskowa rewolucja to wcale nie taki odosobniony przypadek. Ostatnio o swojej pisała Radomska. I ja wiem, czemu tak się dzieje. To naturalny instynkt przetrwania. Bo kiedy Dziulka nagle dostanie w nocy ogromnej gorączki od zęba, mój mąż – samiec – pojedzie szukać najbliższej dyżurnej apteki, by upolować czopki. Dwie godziny jak nic. A do mnie w 5 minut zapuka 5 osób z paracetamolem. Pierwotna kalkulacja.

Cieszę się, że Was mam baby!

A wy zaobserwowałyście u siebie zmiany towarzyskie po porodzie? Opowiedzcie mi!