Polacy, dlaczego nie jesteście pro life?

Stoję na szpitalnym korytarzu już 40 minut. Z lewej windy, z prawej wejście na blok operacyjny. Zimno. Zimno mi w stopy, mam tylko japonki. Przywiozła mi je mama, kiedy się dowiedziała, że krwawię. Spakowała szybko szlafrok i inne szpitalne duperela. Myślała, że wiezie mi je na czas pobytu na podtrzymaniu ciąży. Stoimy wszystkie, 6 bab, bo wszystkie łyżeczkowania pielęgniarka zwołała rano na korytarz i zawiozła pod zabiegowy. I zostawiła. Stoję tylko 40 minut, bo wchodzę druga. Gabinet, fotel, pod fotelem żółte wiadro. Sporo ludzi, lekarze, rozebrać się i siadać rzucone w przestrzeń nad moją głową. Boso i z gołym tyłkiem siadam na fotelu. Kiedy się obudzę po narkozie, będę już na sali pooperacyjnej. Nie dowiem się nigdy, co się stało z moimi japonkami i szlafrokiem, który przywiozła mi mama. Ani z zawartością żółtego wiaderka.

Gdybym sama chciała pozbyć się dwunasto- tygodniowego płodu, byłabym morderczynią dzieci. Kiedy płód zmarł sam, nie byłam matką, która straciła dziecko. Byłam łyżeczkowaniem na czwartek.

Widzę zdjęcie z protestu przeciwko in vitro. Na transparentach Kasia, Maciuś, Franuś, którzy chcą żyć. A są zamrożeni. Zastanawiam się, dlaczego ci obrońcy życia nie pojawili się pod Sejmem, kiedy matki niepełnosprawnej Kasi, Maciusia i Frania walczyły o godne życie dla nich? Życie to nie tylko oddychanie i bijące serce. To godność, radość, obecność drugiego człowieka, spełnienie, satysfakcja i samorealizacja. Tak samo potrzebna Kasi z zespołem downa jak Kasi z korporacji. Co za życie czeka Kasię oddaną po urodzeniu do domu dziecka, a po skoczeniu 18 roku życia do Domu Opieki Społecznej, gdzie przewegetuje do końca swoich dni pomiędzy staruszkami? Co to za samorealizacja, gdy wszyscy niepełnosprawni pozwożeni z całej gminy siedzą i malują witraże na zmianę z lepieniem z gliny, nieważne, czy mają zdrową głowę a chore nogi czy na odwrót? Pamiętam te integracyjne imprezy, gdzie poza rodzinami niepełnosprawnych była tylko delegacja z Urzędu Miasta. Pamiętam wzrok ludzi zawieszony na mojej upośledzonej siostrze ze mną w tramwaju, kawiarni, klubie, kinie. Śmiać mi się chce, kiedy sobie wyobrażę tych oburzonych dziećmi hałasującymi w restauracji, gdyby im dołożyć brzydkie, powykręcane dziecko na wózku, które się ślini. Nie bójcie się, rodziców (samotnych matek) tych dzieci i tak nie stać na wasze restauracje.

Jadę z ośmiomiesięcznym ciążowym brzuchem i wózkiem ze śpiącą trzylatką przez całe miasto. 3 przesiadki. Nikt się nie zainteresuje. Nikt nie pomoże. No, chyba że zastawie wózkiem przejście, wtedy na pewno ktoś zauważy. Zapewne gdybym miała w ręku fajkę i szła chwiejnym krokiem, też pies z kulawą nogą by się nie obejrzał. Moje życie, no nie? Gdybym tę trzylatkę postawiła na nogi szarpnięciem i epitetem? Tym bardziej. To dlaczego nagle wszyscy się interesują, gdy chcę zrobić badania prenatalne?

Polacy, dlaczego nie jesteście pro life? Dlaczego walka kończy się dla was po tamtej stronie czyjegoś brzucha? Powiedzmy sobie szczerze, przeszkadzają wam bachory. Nic was nie obchodzą krzyki za ścianą. Wózki dziecięce rozpychają wam się po chodnikach. Niepełnosprawni obrzydzają. Ciężarne wkurwiają. Matki na macierzyńskim kolą w oczy swoim lenistwem i cwaniactwem.

A nagle, nie wiem doprawdy dlaczego, zaczęło wam się wydawać, ze wystarczy pomachać transparentem i jesteście PRO?