Pierścień władzy

Dziulka dawno temu zrezygnowała z wózka.Przyjęłam mężnie tę decyzję, choć łatwo nie było. Żegnajcie wyprawy do wioskowego spożywczaka, jedyne źródło rozrywki. Żegnajcie długie wędrówki w porze drzemki, tak było fajnie. Żegnajcie wspólne spacery (ploteczki) z koleżankami, Dziulka pieszo nie nadąża. Zamiast tego znam już na pamięć wszystkie schody na osiedlu, na które można się wspinać. I wszystkie kałuże na parkingu, w które muszę wskakiwać z odpowiednio entuzjastycznym piskiem.

Przynajmniej tak było do wczoraj.

Wczoraj podjęłam próbę negocjacji. Koleżanka zapowiedziała wyprawę po chleb, a mi się łezka w oku zakręciła, że nie dla mnie już te rozrywki. Ale, myślę sobie, spróbujemy sposobem. I uderzyłam do córki mojej z propozycją. Przyjętą, o dziwo, z entuzjazmem. Ustaliłyśmy, że jedziemy do sklepu po farbki. Wózeczkiem, bo daleko. Bierzemy ze sobą Dzordża. I kocyk. I bułkę na drogę. I będzie po prostu szałowo. Dziulka wkładała wierzchnie odzienie cały czas paplając, jak to pojedzie, bum bum i bziuuu i w ogóle. Miód na me uszy i na me serce matki. Po jakiś czterech godzinach przygotowań, wybierania odpowiednich rękawiczek, ganiania się po domu w celu ubrania jednak spodni (jestem elastyczna ale gołe kolana w lutym nie przejdą) i narzuceniu kurtki na dres matki (szkoda czasu, szkoda czasu, zaraz się rozmyśli) wytachałyśmy się z wózkiem na chodnik. I co?

Oczywiście że zmieniła zdanie. Nie, nie ma mowy, żaden wózek, płacz, lament, łzy jak grochy. Jeśli spacer, to tylko „nuśki ninuni i jąćki mamusi” i koniec świata. Dobra, myślę, trudno, płonne me nadzieje, ale czego się spodziewać, zawsze wiatr w oczy, wiadomo. Podły los śmieje mi się w twarz i tak dalej.

Koleżanka dotarła, prowadząc syna, co to wózek uwielbia. Chciała jeszcze skoczyć po swój wózek na parking, ale zaproponowałam jej, żeby skorzystali z naszego niebieskiego porshe, i tak stoi na tym chodniku jak widły w gnoju, niech się przewietrzy chociaż, wymrozi roztocza.

Dziulka, jak tylko to usłyszała….. Ryk! Wózeczek Ninuni! Kazała się zainstalować, nawet Dzordża wykopała z karety. I objechała bez ruchu ręką, bez drgnienia jednego, cały spacer. Aż się wystraszyłam. Co kilka kroków sprawdzałam, czy na pewno wszystko u niej w porządku. I było, siedziała z kamienną twarzą i z godnością arcybiskupa. Dojechałyśmy do domu i zostałaby tak w tym wózku do następnego spaceru, gdybym jej nie wyjęła.

No i teraz, moje drogie, mam problem. Bo dostałam w ręce narzędzie skuteczne ale jednak moralnie wątpliwe. Miecz obosieczny. Pierścień władzy.

-Nie jesz zupki? To może Olek je…

-Nie chcesz włożyć spodenek? To może damy je Olkowi…

– Nie myjesz ząbków? Olek na pewno się ucieszy z takiej ładnej szczoteczki…

Nie, nie! Będę silna! Nie dam się pokusie!

Trzymajcie kciuki, bo moja słaba silna wola aż trzeszczy…