Piątek, 23.30

23.30. Leżę z moją córką w łóżku i nigdy tego nie zrobiłam, ale przysięgam, mam ochotę dać jej klapsa.

Koleżanka powiedziała mi w rozmowie o naszych dzieciach: „bo ja nie mam tyle cierpliwości co ty.” Magda, oto jak wygląda moja święta cierpliwość, empatia i opanowanie po ciężkim dniu. Na nogach byłam od 7 i cały czas na wysokich obrotach. Odwiedziła mnie moja rodzina, więc upchałam w tym dniu, ile się dało. Nadrobiłam zaległości zawodowe, blogowe. Wykorzystałam brata z samochodem i zawiozłam rzeczy koleżance. To była daleka, męcząca i stresująca podróż (znowu GPS nas wykiwał). A rodzinę trzeba było przyjąć godnie, więc biegałam od komputera do garnka i z powrotem. Dobrze, że nie wrzuciłam myszki do gara z rozpędu. Dziulka oczywiście cały dzień marudziła. Przyjechałyśmy z rodziną do domu dziadków i dalej nie chciała się ode mnie odkleić. Jest 23.30 a ja nie miałam od rana chwili dla siebie. Leżę teraz w łóżku w dżinsach, spocona, marzę tylko o tym, żeby wziąć prysznic i iść spać. Dziulka zmęczona jeszcze bardziej niż ja, oczywiście robi wszystko, żeby nie zasnąć. Mija kolejna godzina marudzenia, wiszenia na mojej nodze, ciągłego „nie nie nie”. Nie to, nie tamto, nie dziadzia, nie babcia, mama, ale w sumie nie wiadomo po co. Kolejna godzina mojego tulenia, zabawiania, śpiewania, usypiania. Tarza się po łóżku, najchętniej jadłaby co 2 minuty z innej piersi, żebym skakała koło niej po tym łóżku i sama już nie wie, czego chce. A we mnie się już gotuje. Jestem coraz bardziej wściekła. Już postanawiam, że koniec tego dobrego. To już nie jest dzidziuś malutki, ma prawie dwa lata, czas najwyższym, żeby zobaczyła kogoś obok siebie, a nie tylko czubek własnego nosa. Nie jestem jej zabawką. Jej smoczkiem tym bardziej. Ma spać, bo ja tak mówię i koniec. Nie, nie będzie zabawy. Zobaczymy teraz, kto kogo przetrzyma. Wytrzymam te jęki, nie mam zamiaru dać ci się sprowokować, dziecko. I jeszcze jestem zła na tych moich rodziców, co to niby chcą pomóc, ale odwiedzają i goszczą się i jeszcze trzeba się nimi zająć . I jak pomyślę, że jutro kolejny dzień, taki sam, z szeregu nie wiem ilu takich samych dni to płakać mi się chce. Nie no, zaraz nie wytrzymam i to dziecko przywołam do porządku. A najbardziej mam ochotę krzyknąć. Potrząsnąć. Złapać za ramię. Oh, wiem, że nic by to nie dało. Ale, matko, ale by mi ulżyło!

To jest moja cierpliwość . W piątek o 23.30 w moim łóżku w domu moich rodziców. Obok mojej córki.

Nagle coś się dzieje. I nie wiem skąd ani jak. Ale nagle umiem spojrzeć na to wszystko z boku i wszystko poustawiać na właściwym miejscu. Poszukać przyczyny.

Nie jestem zła na córkę. Jestem zmęczona. Jestem rozżalona, bo nie zaspokoiłam swoich podstawowych potrzeb. Cały dzień dbałam o wszystkich dookoła, tylko nie o siebie. Czemu? Po pierwsze, narzuciłam sobie szalone tempo. Trzeba było pomyśleć realnie. Że droga do koleżanki to 40 minut w jedną stronę, a my się wybieramy w piątek w godzinach szczytu. Że napisanie tamtego tekstu to tak naprawdę godzina i to sprawa, która może poczekać. Że szybkie sprzątanie nie jest niezbędne, za to przydałoby się 10 minut siedzenia z kawą, w ciszy i spokoju. Że czekam na moją rodzinę w wysprzątanym domu, z dwudaniowym obiadem z deserem nie dlatego, że oni tego oczekują. Tak mi łatwiej okazać im uczucia. Prościej mi podać im ciasto niż powiedzieć hej, fajnie że jesteście ze mną. I że nie umiem poprosić o pomoc. Nie, ja daję z siebie 200% i czekam, aż oni się domyślą. Aż powiedzą *ojej, jaka ty jesteś dzielna, wspaniała, dobrze zorganizowana. Grzeczna. Brawo! A teraz w nagrodzę usiądź i odpocznij. *Aż moja córka, którą tak kocham i która tak kocha mnie się domyśli i wreszcie zadba o mamusię, grzecznie uśnie albo zajmie się sobą, przecież widzi, jaka jestem umęczona.

Tyle, że to nie jest rola mojej rodziny, żeby się tego domyślić. Oni mają gdzieś, czy mam czystą podłogę i czy zrobiłam deser. A gdybym po prostu powiedziała:* ty weź Ninę na spacer, ty mi powkładaj talerze do zmywarki, a ja sobie odpocznę?* A gdybym powiedziała zostańcie u mnie na wieczór, bo chcę iść do kina, na drinka, na spacer? Na to czekają. W końcu tak naprawdę po to przyjechali.

A Nina? Ona jest zmęczona tak samo jak jak. Cały dzień ją odpychałam i zbywałam, bo miałam tyle do roboty, więc teraz potrzebuje mnie bardziej. I nie jest jej rolą, ani nigdy nie będzie, dbanie o mnie i o zaspokajanie moich potrzeb.

Cały dzień działałam przeciwko sobie, głupio, bezmyślnie, niepotrzebnie, więc teraz mam. Usnę z nią o północy, w dżinsach i w makijażu. Przytuloną. Wygłaskaną, z kolejną bajką wyszeptaną do ucha. I jutro będę mądrzejsza.

Napisałam, wyrzuciłam to z siebie, poukładałam w głowie. Myślę, czy Wam pokazać. To wpis o niczym. I co sobie o mnie pomyślicie? Ale ma baba problemy! Albo, że jestem okropna. I trafiam na nowy wpis Agnieszki Stein.

„Jeszcze raz widzę jak bardzo rodzicielstwo bliskości polega na pierwszym miejscu na ciągłym uczeniu się tego, jak zatroszczyć się o siebie, jak opiekować się sobą, jak brać swoje potrzeby pod uwagę, jak szukać wsparcia innych dorosłych, którzy wysłuchają i zaakceptują.

Ile jest potrzeba, żeby poczuć, że kontrola i posłuszeństwo nie są już dłużej ważne.”

zdjęcie