Olej swoje dziecko na pierwsze 3 lata!

Młode matki mają przekopane, wiecie? Niby siedzą w domu z dzieckiem, ale mają taką to do list, że brak jakiś 34 godzin na dobę. Dlatego proponuję zostawić dziecko samemu sobie. Tak na 3 lata. Da se radę!

Młoda matko, umówmy się, że większość domowych obowiązków spoczywa na tobie, tak? U mnie tak jest, w dni powszednie. Ciężko byłoby czekać, aż mąż o 18 wróci z pracy i weźmie się za obiad. Dziecko musi coś zjeść, coś ubrać w miarę czystego. Wskazane by było, żeby nie przykleiło się do brudnej podłogi. Jakiś spacer na świeżym powietrzu, zabawy, znowu jedzenie i sprzątanie pobojowiska. A do tego przecież cała przyszłość tego niewinnego maleństwa spoczywa na twoich barkach. Musisz nauczyć je tylu rzeczy. Spać. Wstawać. Jeść papki. Jeść kawałki. Pić z kubka. Jeść widelcem. Samodzielności. Poczucia własnej wartości. Robienia kupy na nocnik. Tego, że wygląd nie jest najważniejszy, a zwierząt się nie bije. Ani dzieci. Ani mamy. Nawet, jak nie kupiła batona. Czujesz tę presję? Bo ja codziennie.

I codziennie szukasz w internecie nowej metody na tę kupę i na to spanie, bo kurcze coś idzie źle. W 10 miesiącu mały powinien już sam. Wszystkie dzieci na placu zabaw już umieją. A tutaj klops. Albo jesteś złą matką. Albo wtórną analfabetką i prostej metody nie rozumiesz. Albo z małym coś nie tak (tfu tfu). Może jakiś neurolog, psycholog albo chociaż superniania by pomogła? Bo jak nie to kiła i mogiła, będziecie spać razem dopóki sobie dziewczyny nie znajdzie, albo i wtedy jakiś parawanik trzeba będzie wstawić.

A gdyby tak odpuścić? Zostawić dziecko samemu sobie? Zająć się sobą? Brzmi strasznie? Wyrodna matka, co to o dziecko nie dba? Wręcz przeciwnie…

Teraz trochę skapnie mądrości, ale głównie pozbieranej od mądrych głów, a troszkę z obserwacji. Otóż niepotrzebnie stawiamy dziecko w centrum i uczymy na siłę. To wszystko, co się zmieni przez pierwsze kilka lat to nie są efekty naszych rodzicielskich wysiłków, ale kolejne etapy rozwoju. One przyjdą same, kiedy dziecko będzie na nie gotowe. Nie wcześniej.

Na przykład uczenie malucha, że mama nie znika, kiedy wychodzi na chwilę. Jest na to metoda „przerwanej piosenki”. Bawisz się z maluchem, nagle wstajesz, tłumaczysz delikatnie, że musisz na chwilkę wyjść. Wracasz za 30 sekund, zanim drgająca wara dziedzica zmieni się w ryk. Nikomu się krzywda nie dzieje, a jakie efekty! Tylko że to tak, jakby uczyć go od 3 miesiąca, że jak się zegnie w pół to siedzi i cieszyć, że załapał jak skończył pół roku. Yej, sukces pedagogiczny! Tak jak siedzenie, tak i świadomość trwałości rzeczy to etapy rozwoju dziecka. Żadna metoda tego nie przyspieszy. Jak siądzie, to znaczy, że już umie. Jak pewnego dnia wyjdziesz po dzwoniący telefon do drugiego pokoju a on nie przerwie zabawy to znaczy, że pstryczek w głowie zaskoczył. I już. Nie wcześniej. Więc po co ćwiczyć, stresować się, napinać? Brać na siebie kolejne stresy i wyzwania?

Najlepiej zmienić nastawienie. To ty bądź w centrum. Gotuj, sprzątaj, spaceruj, spotykaj się z ludźmi. Żyj. Dziecko niech będzie przy tobie. W chuście w sklepie, w wózku na spacerze, w kuchni ze swoją plastikową łyżką i michą, z małą miotłą. Jasne, że wszystko potrwa 14 razy dłużej. I że będzie 3,5 raza brudniej. Ale o ile przyjemniej!

Dzieci nie potrzebują metod, nauki i sposobów. Nie trzeba im interaktywnych stoliczków i gadających po angielsku piesków. Jedynie obserwacji z bezpiecznego miejsca przy mamie lub tacie. Tak stworzyła nas natura, obserwując rodziców uczymy się życia, naszych przyszłych obowiązków, relacji z ludźmi, naszego miejsca w stadzie, wiosce, społeczeństwie.

Nina obserwując nas uczy się myć zęby, jeść sztućcami, jeść owoce i warzywa, czytać książki. Przez to, że ciągle jesteśmy razem, ale ja czasami biegnę zdjąć żelazko z gazu, bo zapomniałam na śmierć uczy się, że znikam ale nadal jestem.  Bez stopera. Bez planu. Bez presji. Przy okazji.

A jak jest u Was? Chętnie posłucham, co się u Was sprawdza, albo czym Was zaskoczyli mali obserwatorzy.