Matki czas wolny

Chciałam tutaj zrobić lajfstajl. Pokazać się z pomalowanym paznokciem, z kawą na wynos, z dzieckiem w pięknej stylizacji. Ale pomyślałam, że dam Wam trochę mięsa. Zobaczcie, że życie matki to krew, pot i łzy. Będzie szczerze do bólu, bólu mięśni i płuc wyplutych. I serca trochę, na koniec. Zamiast lajfstajlu będzie proza życia dziś.

Wyrwałam się z domu. Jak wiadomo szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko, matka musi o siebie dbać, mieć swoje życie, swoje pasje, swoje wyjścia bez wózka. No to i ja wzięłam i wyszłam. Drugi raz w ciągu roku. Na zumbę. Spakowałam moją sportową torbę, ubrałam super designerskie dresy adidasa rozmiar s, podmalowałam oko dyskretnie acz efektownie, włosy upięłam w koczek, z którego ani pasmo się nie wymknęło przez całą… A nie, czekajcie, to nie ja. To taka pani 3 rzędy przede mną. Ona ma lajfstajl. Ja wdziałam leginsy. buty na zmianę wrzuciłam do parcianej zakupówki, dziecko wykarmiłam na schodach i popędziłam w ostatniej chwili. Ale, zakupówka pełna tylko moich rzeczy. Zabawek brak. Pampersy? Zero. Mokre chustki? Ny dydy. Brak biszkoptów, owoców, zabawek. Idę ulicą bez wózka i bez chusty, aż nie wiem co z rękami zrobić. Nie przewiduję niespodzianek w stylu kupa na mieście i bieg do chaty, myśli błądzą spokojnie… Dla tej drogi warto było, oj warto.

Na zumbie dawka endorfin przednia, naprawdę. Uwielbiam. To jest moje miejsce, ta Shakira przyspieszona, z bitem, te kocie ruchy instruktorki, ta energia. Bo ja naprawdę kocham tańczyć. Ale nie umiem. Jestem antytalentem. W głowie mam super choreografię i w ogóle wizję, jak powinno się ruszać moje ciało, ale na zewnątrz nic się nie przedostaje. Nawet mam jedno traumatyczne wspomnienie z wesela. Kuzyn, gwiazda parkietu, obtańcowywał wszystkie dziewoje. I padło na mnie. Wirujemy po parkiecie, a tu kuzyn się pochyla i syczy przez zęby: „jak chcesz prowadzić to spoko”. Nienawistnie. Poczułam się jak terminator. Cała moja kobiecość, delikatność i wdzięk pękły jak balonik z weselnej sali. I zawsze kiedy się zapomnę staje mi przed oczami kuzyn i fru, papa tancerko. Dlatego lubię zumby i inne fitnesy, staję sobie z tyłu tak, żeby się nie widzieć i udaję, że robię to co pani prowadząca.

Moja forma po prawie 2 latach przerwy trochę mnie niepokoiła. Ale po ostrej dość rozgrzewce poczułam, jak krew krąży szybciej w żyłach i pomyślałam hej, nie jest źle, kilometry spacerów jednak dają radę. Ale wtedy pani puściła bit właściwy, krew skupiła się na krążeniu jedynie w rejonie mojej bordowej twarzy a ja odszczekałam wszystko. Spacery, noszenie Dziuli i sporadyczne spotkania z Chodakowską (trochę oszukiwane) jednak nie równoważą mojej diety cukrowej. Dlatego trzeba się przeorganizować i pohandlować z ojcem dziecka mojego wolnymi wieczorami. Raz ty na moto, raz na na fitnesy, nie ma innej opcji kochany.

Wróciłam do domu zmęczona ale przeszczęśliwa. Stęskniona za Dziulą. Dumna z siebie. Pełna planów i pozytywnej energii. Mój tata (bo jesteśmy u dziadków na wakacjach) na schodach jeszcze krzyknął „no, to jutro fryzjer na 14!” Kochany. Tak się dziadkowie chcą zająć wnuczką, żeby matka o siebie zadbała, zrelaksowała się, zrobiła na bóstwo. Czemu wszyscy zawsze wiedzieli, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko, tylko ja nie?

Potem okazało się, że to dzwonił psi fryzjer, zwolnił się termin i mam jutro dostarczyć tam pupila.

A w mojej fitnessowej zakupówce i tak zaplątała się gumowa kaczka. Nie wiadomo skąd.