Mało słów

Mój mąż to ten typ, który nie specjalnie się odkrywa przed światem.

Raczej nie prowadzimy długich i wyczerpujących rozmów o naszych uczuciach i emocjach. Bardziej jest tak, że jeśli 8 lat temu powiedział, że kocha, to obowiązuje to do odwołania, tak? Jak przestanie, to da znać. Jak nic się nie zmienia to nie ma co komunikować. Ja wręcz przeciwnie. Uwielbiam każde przeżycie wywlekać na wierzch, obracać na wszystkie strony, wymiętolić, przenicować, opowiedzieć ze szczegółami o każdym niuansie. Pewnie zauważyliście, co? Więc zasiadamy czasem i ja opowiadam o jakiejś mało istotnej rzeczy, z wstępem, który sięga trzy dni do tyłu, z każdą możliwą interpretacją, analizuję wszystko zahaczając o moje dzieciństwo i aktualny biomet. On słucha, czasem rzuci jakąś ironiczną uwagą. Zazwyczaj porządny kuksaniec załatwia sprawę i wracam do mojej autopsychoanalizy. Czarny humor na granicy złośliwości bardzo mi odpowiada, więc śmieszą mnie niezmienne dialogi niepoprawne uczuciowo.

„-No to jedź sobie na ten motor. Ale jakbyś mnie kochał, to byś ze mną został.

– (wychodząc) No właśnie”

„-Ale była ciężka noc! Całą noc się kręciła i wierciła.

-Trzeba było dać klapsa. I pewnie przez to twoje chude mleko”

„-No tak, cały dzień tylko siedzisz i się bawisz z dzieckiem, a obiadu nie ma. A to przecież babskie zajęcie.”

O Dziulce mogę opowiadać godzinami. I często przechodzę do dzieła. Więc nawijam i nawijam, jak kocham, jak fruwam nad ziemią. Lukier kapie, motylki fruwają, ptaki śpiewają, kwiaty pachną. Jakbym Wam tu dała próbkę, przez miesiąc byście mieli wstręt do parentingów. A on nic. Najczulsze co powiedział, to chyba to, że zrobiła się bardzo śmieszna ostatnio. Ocieracie już łzę wzruszenia? No właśnie.

Po porodzie, w szpitalu, też nie było wspólnego wpatrywania się w małe zawiniątko i trzymania się za ręce. Nie było westchnień i wzruszeń. Było…. zadaniowo. Wpadał, przynosił mi wszystko, co trzeba. To, o co poprosiłam i o czym zapomniałam. Potem pędził załatwiać formalności. A w domu urządzał kącik, składał łóżeczko, sprzątał, zapełniał lodówkę zdrowym jedzeniem dla mnie. I wpadał znowu do szpitala, brał na chwilę na ręce i już pędził dalej.

Wiem co on czuje, bo znamy się już trochę. Gość, który wpada po pracy padnięty, rzuca plecak i od razu znika w małym pokoju, prowadzony małą rączką. Który wstaje o 4, mimo, że o 7.30 musi wyjść do pracy. Wstaje z nieskończoną cierpliwością, podczas gdy ja klnę w poduszkę. Który robi taką robotę, że czasami aż mi dech zapiera.

A co tam, myślę sobie wieczorem w łóżku, muszę mu to wszystko powiedzieć. No i gadam i chwalę. A on mi oddaje jedno zdanie po tej mojej przemowie. I teraz już domyślam się, o czym myślał prawie dwa lata temu pędząc ze szpitala do urzędy i skręcając białe łóżeczko.

„Po prostu postanowiłem, że nigdy mi się nie przestanie chcieć”.

Proste? Robisz analizę, sprawdzasz, co możesz odpuścić, co ci się może przestać chcieć, a co nie. I się tego trzymasz. W życiu nikt tyle nie powiedział o rodzicielstwie jednym zdaniem.