Każda mama wie, co dla jej dziecka najlepsze

Czasami macierzyństwo bywa trudne. Bardzo często jest wyzwaniem. Bywa, że może się wydawać, że wymaga nauki, a wręcz podręcznika. Ale to bzdura. Jest takie zdanie wytrych, zdanie, które wszystko upraszcza i rozwiązuje magicznie problemy młodych matek. Można go śmiało wklejać w każdej dyskusji i jako odpowiedź na każdą poradę, kropka nad i rodzicielstwa.

Każda mama wie najlepiej, co dla jej dziecka najlepsze.

Nie znaczy to wcale, że młoda matka dwa dni po wyjściu ze szpitala dostaje cudownego objawienia i staje się specjalistką w każdej dziedzinie. O nie, jedynie specjalistką od potomka.

Na przykład takie odżywanie. Jak matka chce po ciąży zgubić parę kilo, to zapytuje w odpowiedniej grupie czy też na forum jakimś, tony stron internetowych przerzuca. Jeśli jest z tych skutecznych, od razu uderza do dietetyka i ma problem z głowy. Ale jeśli chodzi o żywienie dziecka? Tak tak, zgadliście, każda mama wie najlepiej. Co z tego, że są jakieś wytyczne WHO? (Co to w ogóle jest?!) Jak jedliśmy schaboszczaka z kapustą to czteromiesięczny Zygmunt tak patrzył... Zjadł i żyje. I jeszcze kolą popił i odbeknął, że hej!

Albo sport. Wyobrażacie sobie, żeby młoda mama wybrała się na siłkę ze swoim miśkiem, stanęła na środku, wzięła sztangę i zaczęła nią tak na oko wymachiwać w te i we wtę? No nie, bo ani pożytku to nie przyniesie, ani bezpieczne to nie jest. Raczej pod okiem trenera, najlepiej personalnego. Ale kto by tam słuchał fizjoterapeutów i nawiedzonych matron z chustami, skoro Zdzisiek tak lubi być noszony twarzą do świata. Od 2 miesiąca życia. We wkładce! Wygląda na zadowolonego, no i spędza czas z tatusiem na spacerze. No cóż, mama z misiem czasu na siłowni nie spędza bez pomyślunku. Ale znacie refren: każda mama...

Zastanawia mnie też, czy siebie młode matki też diagnozują w internecie. Czy też wrzucają zdjęcia własnych wysypek, kup, urazów i opisują objawy. I czekają, co im ekspedientka z butiku i stylistka paznokci orzekną. Bez urazy panie ekspedientki i stylistki, bardzo panie szanuję, ale jako ekspertki w swojej dziedzinie, nie w medycynie. I jakoś mam wrażenie, że swój chory organizm matki chętniej umieszczają w poczekalni pod gabinetem specjalisty. Ale jeszcze żaden lekarz medycyny nie wiedział lepiej, co dla ich dzieci najlepsze, no nie?

Jedna rzecz tylko matkom lepiej przemawia do rozumu, niż instynkt macierzyński i kochające matczyne serce. Reklama. Mam wrażenie, że na reklamę się uodparniamy coraz lepiej. Nie wydaje mi się, żeby rzecze matek biegły do sklepu wymienić płyn do garów na ten, co go właśnie zobaczyły w telewizorze. I żeby masa ludzi wierzyła święcie, że zupa z proszku jest tak dobra, jak zupa babci, a tabletka na odchudzanie zastąpi stary dobry aerobik. Wiec doprawdy nie wiem czemu tak fanatycznie rzesze matek odwiesza na kołek swój sceptycyzm jeśli chodzi o producentów w dzieciowym biznesie. Nagle wszyscy łykają jak pelikany, że mm jest stworzone z miłości do dzieci, a to co producent słoika napisze na odwrocie, to wyrocznia jakaś. Matki drogie, oni by napisali, żeby te zupy podawać od pierwszego tygodnia do osiemnastki, żeby zarobić, ale wiedzą, że (jeszcze?) nikt się na to nie złapie. Jasne, że jak się nie może hodować eko jarmużu w ogródku, to się dziecku w sklepie kupuje sałatę, bo co zrobić? Jak się nie karmi piersią (nic nikomu nie trzeba tłumaczyć), to się kupuje puszkę, a jak się nie zdąży zupki ugotować, to i słoik można podgrzać.

Ale wszytko warto przefiltrować przez zdrowy rozsądek.

foto: pixabay.com