Homoseksualni rodzice

Adopcja i in vitro dla homoseksualistów? Kontrowersje nie są moimi ulubionymi tematami, ale ostatnio nasłuchałam się i naczytałam tyle, że muszę się wygadać. Więc pogadajmy, dobra?

Te straszne geje

Kiedy czytam wypowiedzi przeciwników adopcji homoseksualnych, wyłania się z nich taki oto obraz: oto małe, niewinne, słodkie dziecko pozbawiane jest kochającej mamy, by trafić do dwóch zniewieściałych, rozpustnych kolesi, którzy biegają po domu w damskich ciuchach, a co najmniej w różu. I którzy niemal kupili sobie dziecko, bo taka moda i bo im będzie pasować do mebli. Albo do dwóch dziewczyn ogolonych na łyso, które będą od kołyski wychowywać je w nienawiści do rodzaju męskiego. I tutaj czuję się głęboko zażenowana, że muszę to napisać. Homoseksualiści, nie dość, że są stworzeni przez naturę, a nie „wbrew”, to jeszcze są dokładnie tacy sami jak ja i wy, hetero. To nie są komiczne stworzenia z sitcomu. Statystycznie znacie kilku, a na pewno mijacie ich codziennie na ulicy i nawet wam do głowy nie przyjdzie, że kochają kogoś tej samej płci. Bo i czemu. Pozwolę sobie pożyczyć zdjęcie od Justyny (przeczytajcie jej doskonały tekst!).

dziwadła?dziwadła?

Więc jak wychowywaliby adoptowane dziecko? Zapewne dokładnie tak jak ja i wy. Zmienialiby pieluchy, karmili, wozili do przedszkola, ryczeli nad pierwszą laurką, tulili do snu, chodzili na wywiadówki i narzekali na zmęczenie i kochali. Nor-mal-nie. Zresztą, rodziny homoseksualistów z dziećmi to już fakt. I co?

A bo homo wychowają na homo

Analogicznie, hetero wychowują na hetero. To skąd ci wszyscy homo na świecie? Nie wiem, doprawdy. Może dlatego, że to nie kwestia wychowania, wyboru, choroby, widzimisię. To natura. Ja, choćbym nie wiem jak chciała, dla mody, lansu, ideologii czy pieniędzy, nie zakocham się w kobiecie i nie założę z nią rodziny. I żaden przykład od znajomych lesbijek nie pomoże.

Każde dziecko potrzebuje mamy i taty

Zgadzam się. Każde dziecko POWINNO mieć kochających mamę i tatę. A także pokój, bezpieczeństwo, godne warunki do życia, perspektywy rozwoju. To nie ironia, z takich rzeczy nie śmiałabym żartować. Powinno. Ale nie ma. Pomijam już kwestię warunków do życia i podstawowe prawa człowieka, zostańmy w naszej bezpiecznej i bogatej (choćby w pitną wodę i szkoły)Polsce. I co? Nie żyjemy w pięknym świecie, gdzie na 2 biegunach szczęśliwe hetero rodziny i homo dziwaki. Ile dzieci faktycznie ma kochających, dbających rodziców? Domy dziecka. Rodziny, gdzie jedno z rodziców nie żyje. Rodziny po rozwodzie. Samotne matki. Dzieci wychowywane przez dziadków. Rodziny patologiczne. Wreszcie te normalne, gdzie źle się dzieje. Przemoc. Albo zimny chów. Albo rodzice beneficjenci całodobowych przedszkoli (tak, są takie!), zajęci czymś innym. Oni niby dają dziecku to, czego nie da kochający rodzice tej samej płci? A niby co takiego? Dziecko do rozwoju potrzebuje więzi z „figurą przywiązania”. Tak się szczęśliwie składa, że zazwyczaj jest to osoba, która to dziecko urodziła. Ale nie musi. Jeśli jej nie ma, może być tata, babcia, kilka bliskich osób. Nie ważne, jakiej płci, o jakich poglądach i orientacji. Ma kochać i troszczyć się. Wiecie, jak rozwijają się dzieci bez tej więzi? A kojarzycie chociażby chorobę sierocą? No właśnie.

Nie da wzorca!

Dwóch ojców nie będzie wzorem dla dziewczynki (ha, teraz już nie są tacy zniewieściali, co? ). Nie pokaże jej, jak być kobietą. Ale w domu dziecka też jej nie pokażą, a ojciec wdowiec też nie da rady. Ale wystarczy spojrzeć na siebie samego by stwierdzić, że dorastanie to nie stawanie się kopią rodzica tej samej płci. A dziecko dorasta otoczone ludźmi. Różnej płci. Ciocie, babcie, sąsiadki, nauczycielki- każda z nich pokaże, jak być kobietą. Świat pokaże.

In vitro, wbrew naturze.

Pomijając kwestię in vitro jako takiego, chciałabym skupić się na sytuacji, kiedy staje się ono dozwolone tylko dla par heteroseksualnych. Prawo do posiadania dziecka jest takim prawem człowieka, którego nikt nie śmie zakwestionować. Mają to prawo rodzice, którzy krzywdzą kolejne dzieci. Ci, którzy nie są w stanie dzieciom zapewnić absolutnie nic. Ci, którym nie oddalibyśmy psa na tydzień. Mają je naturalnie, biologicznie. Jednak my sami rozszerzamy to prawo dzięki nauce. I nagle kobiety, które kiedyś nie mogłyby urodzić dziecka, i same mogłyby nie przeżyć porodu, zostają matkami dzięki cesarskiemu cięciu. Wcześniaki, które mogą przeżyć dzięki inkubatorom, a nawet szczepionki, to wszystko wydarliśmy naturze. I teraz pojawia się metoda, która daje szansę na macierzyństwo ludziom, którzy „naturalnie” nie mogliby mieć dzieci. Nie wiem, kto ma prawo podjąć decyzję, że dostęp do niej dostaną tylko wybrani.

Rodzice najlepsi z najlepszych

Homoseksualiści są tacy jak my. Są wśród nich rozrywkowi, nieodpowiedzialni i niedojrzali ludzie. Tak samo jak wśród heteryków. Są i dojrzali, świadomi, ustatkowani. Tak jak i u nas. Tylko że, w naszym przypadku dziecko może mieć każdy, kto chce i kto nie chce, kto powinien, a kto może za 10 lat, albo i w ogóle. W przypadku adopcji i in vitro dla gejów i lesbijek… Wybaczcie, ale raczej nie adoptuje się dziecka spontanicznie, w weekend, dla kaprysu. Nie da się wpaść po pijaku z in vitro. Wydaje mi się, że takie wyczekane, po wielu trudach, próbach i ostrej selekcji „otrzymane” dzieci to nie byłyby te, które potem wypadają z kocyków, lądują w szpitalach w śpiączce albo kulą się w domu ze strachu. Jak na razie to my, heteroseksualni rodzice pokazujemy, na co najgorszego nas stać.

zdjęcie na górze: Tula <3 !!!