Grzeczność dwulatki

Wszyscy straszą buntem dwulatka, a u nas na razie jego odwrotność. Grzeczność i uprzejmość dwulatki.

Na placu zabaw matki, nianie, babcie i nieliczni tatusiowie ganiają żywiołowe, rozwrzeszczane maluchy. Iskry lecą, piasek się sypie, huśtawki furczą. A my kroczymy godnie, ręka w rączkę, powoli. „Mamusiu, pohusiasz Ninkę na huśtawce tej?” pyta niebieskookie wcielenie uprzejmości wskazując wybrane urządzenie. „Ninko, chcesz w piaskownicy się bawić?” „Tak, mamusiu” odpowiada i przeciera rączką ławeczkę, żeby nie ubrudzić sobie gatków. W piaskownicy zmora wszystkich rodziców, czyli walka o zabawki. Wszyscy chcą się bawić tą jedną, nie swoją oczywiście, zieloną łopatką, której broni zapłakany właściciel. On dostaje nerwową pogadankę o dzieleniu się (matka rozgląda się nerwowo, czy leci już pierwszy kamień za wychowanie socjopatycznego samoluba), a reszta opiekunów próbuje okiełznać dziką rządzę rabunku swoich grabieżców, średnia wieku 3. Tymczasem Dziulka wskazuje na porzucone wiaderko. „Mamusiu, czije ono?” „Chłopczyka” „Mamusiu, mogę pożyczyć?”. Po chwili zabawy „Mamusiu, oddam chłopczykowi już”. Babice ocierają ukradkiem łzy wzruszenia, tylko jedna rzuca rozpaczliwe „dziewczynki są grzeczniejsze”.

Skąd taki skarb, zapytacie? Bardzo chciałabym teraz opowiedzieć o moich rewelacyjnych metodach wychowawczych, skutkach Rodzicielstwa Bliskości, rodzicielskiego zaangażowania i ogromnego wysiłku, którego teraz zbieramy słodkie owoce. Ale, kurcze, nic z tego. Obawiam się, że to o prostu taki typ.

Dziulka ma taki temperament i taki styl i nic nie poradzisz człowieku. My naprawdę nie zaczęliśmy nauki kindersztuby kiedy skończyła rok. Nie każemy zwracać się do siebie z szacunkiem i dygnięciem, wyjm te ręce z kieszeni. Nie zakazujemy biegać, bałaganić, hałasować.

To ona sama lubi ład i porządek. Zdejmowanie bucików i kurteczki po powrocie do domu i odkładanie ich na miejsce to dla niej najwidoczniej świetna zabawa. Nawet klocki drewnianie z dwóch różnych zestawów rozkłada pracowicie do 2 pudełek, żeby się nie mieszały.

Jakieś takie ma pogodne usposobienie, że generalnie ciągle jest zadowolona. Ale czasem zdarzają się uczucia z drugiego bieguna. Smutek, rozczarowanie, niezgoda. Wtedy następuje jedyna dostępna takiemu maluchowi reakcja, czyli ryk i łzy. Czasami perspektywa powrotu do domu z placu zabaw tak przygniata, że nie pozostaje nic innego, niż położyć się na ziemi. Wiem, rozumiem. Co ja poradzę, że częściej jednak jest „tak, mamusiu” i rączka w górę się wyciąga?

Ale nauczyłam się już zapobiegać najgorszym kryzysom. U nas są dwa powody gwarantujące apokalipsę. Jeden to przekroczenie punktu krytycznego drzemki. Kiedy dziecko zaczyna mniej więcej smęcić, należy uśpić. Jeśli przetrzymamy, mija godzina 0 i zaczyna się nowy cykl, pełen jednak marudzenia, zakończony prawie na pewno łzami na podłodze. Drugi powód to głód. Dlatego zawsze upewniam się, że wybudzonemu z drzemki dziulkowi będą mogła zaproponować obiad w przeciągu minuty. Ale tutaj w zupełności moją córkę rozumiem, sama wpadam w histerię po 3 godzinach bez jedzenia.

Ale i tak zbieram szczękę z podłogi, kiedy woła „lizaczka!” i dodaje „ mamusiu, nie teraz, mamusiu, na deser”.