Od grubasa do ultrasa, czyli jak przebiegłam Runmageddon

Ten chwytliwy tytuł jest prawdziwy w dwóch trzecich. Tak, byłam grubasem z 20 kilogramami nadbagażu. Do tego piłam, paliłam i jadłam śmieci.  I tak, przebiegłam Runmageddon. Nawet dwa razy. W tym raz górski. Tylko do ultrasa mi ciągle daleko. Ale wszystko w swoim czasie…

JAK TO SIĘ ZACZĘŁO

Sięgam pamięcią 5 lat wstecz żeby móc napisać, że te dwie dyszki to pamiątka po ciąży. I niestety się nie da. Szukam jakiejś przyczyny, hormony, choroby, klątwa złego oka. Ale ponownie jak na złość wychodzi, że spasłam się jeszcze zanim Dziulka pojawiła się w planach dalekosiężnych i dokonałam tego, bo żarłam. Jasne, stresy, problemy, alkohol, beznadziejny tryb życia, imprezy, dużo pracy, znowu alkohol… No i znalazłam się w momencie, gdzie z przerażeniem odkryłam, że sieciówkowa rozmiarówka mnie nie obejmuje. W pasie mnie nie obejmuje. Cholera! Paradoksalnie pomogła ciąża. W ciąży straciłam apetyt, potem odzyskałam, ale tylko na zdrowe, prawdziwe jedzenie. Nie przytyłam, po ciąży schudłam, w drugiej przytyłam tylko trochę i rok 2017 zastał mnie już wolną od dwupaku, z ciałem lekko zmasakrowanym, ale za to silną motywacją do zmian. I z bezlitosnym trenerem, moim mężem Wojtkiem..

MOJA MOTYWACJA

Mój mąż Wojtek ma taką śmieszną cechę, ze go nosi. On musi coś robić. Nie, nie robić. On musi coś hardkorowo napierdalać. Jak imprezowaliśmy, to on musiał 3 dni. Jak zaczął się uczyć jazdy na desce to ledwo nauczył się trzymać równowagę, a już musiał skoczyć na hopce. I sprawdzić, co się stanie jak wyjedzie na tę największą górę. Jak zaczął biegać to nie 5 kilometrów dla relaksu. On się musiał sponiewierać do granic. Pamiętam, jak pobiegł w pierwszym swoim biegu z przeszkodami, 16 kilometrów  na Jaworzynę Krynicką i z powrotem, do tego z pińcet przeszkód. Żar był taki, że ja jadąc na górę kolejką gondolową i jedząc lody zmęczyłam się i spociłam jak dzik. A on pobiegł, skończył i wpadł w to po uszy. Ja, dumna z niego niesamowicie, W ŻYCIU bym nie pomyślała, że też kiedyś spróbuję. I tak on biegał, ja dwa razy zaszłam w ciąże, rodziłam, wpadałam w dołki, tyłam, chudłam. Po drugiej ciąży wiedziałam już, co mnie czeka z małym dzieckiem. Wiedziałam, że jak nie znajdę czegoś dla siebie, jakiejś odskoczni, to oszaleję. I Wojtek rzucił: to może trenuj. Pobiegniesz ze mną w sierpniu Runmageddon w Krakowie.

CO TO W OGÓLE JEST?

8 kilometrów w terenie, przez wodę, błoto, górki i las. Z przeszkodami. Takimi jak ściany, liny, doły, rury. Trzeba się wspinać, skakać, nosić ciężary, czołgać, wskakiwać do kontenerów z lodem i lecieć na linie wprost w bajoro pełne brudnej, zimnej wody.

 

MOJE BIEGANIE

W lutym Wojtek kupił mi w prezencie urodzinowym buty do biegania. A w marcu, tuląc niemowlę i mając na nodze uwieszoną czterolatkę wystawił mnie za drzwi i kopnął w tłusty tyłek. I pobiegłam, w glorii i chwale.

Cóż to był za bieg! Miałam przetruchtać kilometr na dobry początek. Ale wszechświat nade mną czuwał, bo akurat przyjaciele wybrali się nas odwiedzić i spotkałam ich na 800 metrze. I miałam pretekst, żeby wrócić do domu. Powoli. Inaczej chyba bym tam wyzionęła ducha.

Za kilka dni wylazłam znowu. I znowu. I znowu. Było zimno, mokro i śmierdziało od smogu. Ale wiedziałam, że to 20 minut dla mnie, że będę sama, że posłucham muzyki, że się pozbędę wszystkich złych emocji, który mam w środku po całym dniu z dziećmi. Po każdym najcudowniejszym dniu, pełnym miłości i czułości. Ale też dniu, kiedy mnie nie ma, bo roztapiam się w potrzebach dzieci i i czasami piżamę zmieniam dopiero wieczorem na stanik do biegania i dres. Dres się opinał, wielki brzuch mi się trząsł, a ja sapałam, pociłam się i biegłam. Pierwszy kilometr. Pierwsze dwa. Pierwsze pięć! Nigdy nie zapomnę swojej pierwszej dyszki.

3.2.1…RUNMAGEDDON!

W sierpniu okazało się, że nadal mam nadwagę, nadal nie umiem wspiąć się na linę i podciągnąć na drążku i pompony opadły. Chciałam zrezygnować. Do ostatniej chwili odgrażałam się, ze zrezygnuję. Ale pojechałam. Medal dla Wojtka, że ze mną wtedy wytrzymał. Wszystkie moje strachy.

Pobiegliśmy czteroosobową drużną debiutantów. Student imprezowicz, gość po kontuzji nogi, Wojtek i gruba matka polka. Zajęliśmy miejsca daleko na szarym końcu. Ale przeżyliśmy coś niesamowitego.

Ludzie, tego się nie da opisać. To, co się czuje, pokonując po kolei swoje strachy, swoje ograniczenia, swoje kolejne koszmary. To, jak się przesuwa granice. To, jak się sto razy myśli nie dam rady i sto jeden razy robi się ten jeden kolejny krok. Nienawidzę wody. Boję się. Boję się wysokości. A ten pieprzony bieg był na zalewie w Kryspinowie! I zrobiłam to! I do tego nie wierzę że to mówię, ja, ale wspaniale się bawiłam. Wskoczyłam na linie do bajora. Wskoczyłam do zbiornika z lodem. Czołgałam się pod wodą i w ciemnych rurach. Dźwigałam ciężary. Robiłam karne padnij-powstań i biegłam dalej. Gruba, 8 miesięcy po porodzie, stara (na tle tych studenciaków), lękliwa baba.

 

A na mecie obiecaliśmy sobie powtórzyć to górach.

Zdjęcie od fenomenalnych Zabiegani.tv!  A o tym, jak żałośnie moje sportowe wyczyny wyglądały wcześniej, przeczytasz TU i TU 🙂 Tylko się nie przestrasz !

I na koniec… Moja córka przebiegła Runmageddon Kids w wieku trzech lat i na bosaka! Jeśli zastanawiacie się, czy Waszym dzieciakom by się to spodobało, zajrzyjcie TU.



***

Dziękuję, że tu jesteś! Może zostaniesz jeszcze chwilkę?

Jeśli masz ochotę,

Dzięki!
Kasia

Sliń patyk!
30 września 2015
Marynarski weekend
24 kwietnia 2016
nie planuję poświęcać się dla dzieci
Nie planuję się poświęcać dla dzieci
21 lutego 2018
Inline
Inline