Terror laktacyjny?! Gdzie ten terror?

Za 3 dni mija 10 miesięcy z Niną. Patrzę w tył, wspominam i co zauważam? Moje macierzyństwo wykazuje pewne braki w dziedzinie terroru. Ja kontra terror laktacyjny : 1:0! W 3 trymestrze ciąży, kiedy już byłam mało mobilna, a na dworze panowały temperatury rodem z Sahary, leżakowałam w domu pod wiatrakiem i czytałam. Podobnie tuż po porodzie, kiedy miałam dużo wolnego czasu podczas maratonów karmienia. Nadrabiałam książkowe zaległości, hurtowo przerabiałam kolejne numery ulubionych magazynów na tablecie. I odkryłam blogi, fora i facebookowe grupy o dzieciach, macierzyństwie, rodzicielstwie. Jedne mądre, inne mniej. Niektóre ciekawe, niektóre nie. Dzięki nim mogłam sporo się dowiedzieć o tym, co mnie czeka. I co się okazało? Terror, panie. Życie młodej matki pełne jest terroru. Terror laktacyjny. Terror czapeczkowy. Terror wózkowy. W ogóle walka z całym społeczeństwem i sikanie pod wiatr. O nie, pomyślałam.  Zabuzowały świeżo nabyte hormony, odezwały się pierwotne instynkty. Stanęłam do boju gotowa bronić mojego dziecka do ostatniej kropli krwi. Można powiedzieć, że weszłam lwu w paszczę. Bo czego to ja nie robiłam, szalona. Karmiłam piersią w knajpie, w parku, w gościach, w poczekalni u lekarza. Zawsze gotowa na ataki matek karmiących z butelki, które tylko czekają, czają się za drzewem, żeby tą butelką walnąć w łeb. Czekałam na pełne zgorszenia spojrzenia społeczeństwa, które zaszczuwa i wygania karmiące matki do łazienki. I co? Nikt nie raczył zaszczuć, splunąć pod nogi, nawet spojrzeć w, jakby nie było, biust. Jedna pielęgniarka przystawiła mnie i Ninę parawanem, ale się uśmiechała i chyba to miało być dla nas, że tak intymnie, stolik dla dwojga będzie. Chodziłam z dzieckiem w chuście. To mi staruszki gratulowały, że taki mam fajny sposób, Dzizia blisko mamy, łzę roniły. W tramwaju mi miejsca ustępowali na wyścigi. W sklepie mnie przepuszczali, nawet jak nie chciałam, bo tam była klima a Nina i tak spała. Przepuszczali na wyścigi. Pies z kulawą nogą się nie przyczepił do czapeczki, braku czapeczki, ani żadnego innego elementu naszych spacerowych stylizacji. Nikt nie nigdy nie powiedział, że się wózkiem rozbijam, a powinnam siedzieć w domu. Nawet jak wjechałam ubłoconym wózkiem, wysmarowanym bananem, z Dziulką jedząca bułę, sypiącą okruchami.A jedna pani ekspedientka powiedziała, że powiększają sklep i poszerzają nam alejki. Nam, matkom z wózkami. No panie! Dlatego mam prośbę. Jak, drogie matki, spotkacie ten terror, to dzwońcie po mnie. Niech i ja sobie życia użyję. Bo mi się cięte riposty, pieczołowicie przygotowane marnują.