Eureka, geniuszu!

Nowy Rok zaczynam pod znakiem olśnienia.

Lubię się pocieszać, że każdy z nas ma swoje małe lub większe dziwactwa. Bagaż, który odrobinę utrudnia życie. Rysę, z którą zmaga się na co dzień. Ja mam między innymi swój skrzywiony perfekcjonizm. Taką zniekształconą wersję „najpierw obowiązki, potem przyjemności”. Doskonale wiem, że tracę masę czasu i energii na pierdoły, które mają mi otworzyć drzwi do zasłużonej nagrody. Niestety, ta marchewka ciągle daleko przede mną, a kij na plecy spada niezmiennie często.

Nie śmiejcie się, ale często mam poczucie, że muszę spełnić kilka warunków, żeby sobie pozwolić na coś dobrego. Obiad smakuje mi najlepiej w wypucowanej na błysk kuchni. Wino ma lepszy smak, jeśli popijam je unosząc kieliszek wymanikiurowaną dłonią. Chwila z książką najlepiej odpręża po bardzo pracowitym dniu. Normalne? Może. A jeśli przyznam Wam się, że czasem nie mogę się odprężyć, bo WIEM, że mam bałagan w szafie z ciuchami i na pieprzonym pawlaczu? Albo że zmarnowałam niezliczoną ilość imprez przekonana, że bawiłabym się lepiej gdybym miała na tyłku spodnie o rozmiar mniejsze? Głupie, prawda?

I to moje zboczenie wcale nie oznacza, że mam ład, skład i porządek, a paznokcie zawsze w idealnym stanie. Raczej, że ciągle jestem za mało dobra, za bardzo sfrustrowana, spóźniona i zarobiona.  No dobra, mam dobre dni. Ale wystarczy słynne HALT (głodna, zła, samotna, zmęczona) i pogrążam się w kompulsywnych durnych obsesjach.

Ale, do czego zmierzam. Odkąd pojawiła się Nina, widzę to wszystko jak na dłoni. I mam świadomość, że MUSZĘ wszystko co złe okiełznać, żeby nic tej mojej córce nie przekazać w wianie. Nie chcę, żeby ograniczała się tak jak ja. Żeby żałowała tych wszystkich zmarnowanych chwil i okazji, nie przeżytych na sto procent. Żeby nie była sama sobie klawiszem.

A potem przyszło to właśnie moje wielkie olśnienie. Chcę przed nią ukryć. Dlaczego? Bo nie chcę, żeby żyła jak ja. Bo to złe. Bo na to nie zasługuje. Widzicie to? Ja mam tak żyć dalej, tylko w ukryciu. A gdyby tak…? Kiełkuje powoli w moim opornym mózgu… A gdyby tak nie ukrywać? Nie markować spontaniczności i beztroski? Nie robić jej pokazówki, jak mam żyć fajnie, tylko żyć tak fajnie naprawdę, tu i teraz?  Pozwolić sobie? Tej nieperfekcyjnej, nieidealnej mnie?

Zaszaleć. Po ciężkim dniu odpalić wino z mężem w, o zgrozo, niewysprzątanym mieszkaniu. Umalować się i zrobić na bóstwo w sukience w dużym rozmiarze.

Jest takie ćwiczenie psychologiczne. Kiedy masz jakiś problem wyobraź sobie, że to twoja przyjaciółka zwraca się do ciebie z identycznym. Co byś jej poradził/a? Zazwyczaj dla siebie jesteśmy bardziej surowi.

Ja w nowym roku będę się zastanawiać co chciałabym, żeby w tej sytuacji zrobiła moja córka. Jak chciałabym, żeby żyła. Coś czuję, że będzie bardzo fajnie.

Piona!