Dziulka mówi

Dziulka wyszlifowała już umiejętność chodzenia. Podkręciła ją do granic perfekcji. Może troszkę czasem przegrywa z siłą odśrodkową i wpada w ścianę na zakrętach, ale to tylko jak za bardzo się rozpędzi. Teraz córka moja wzięła się za mówienie. Zaczyna się klasycznie, czyli odgłosy farmy. Bebe, cici, au. Całkiem dobrze jej wychodzi gardłowe chrrrrrum. To, że anonimowe chrum szybko zyskało imiona (Pepa, Dżodż) odnajduję jako osobistą porażkę. Następnie idzie kolejna, poza wiejskim życiem, wielka pasja, czyli am. Jadłospis mało wyszukany: jajo, buła, zupa, nanan, czasem jiba. Kuli kuli to awaryjna przekąska, tubka z serkiem albo przecierem owocowym, nazwana tak sprytnie od klucza (kuli), bo odkręca się ruchem okrężnym, niczym klucz w zamku.

Niedawno odkryła zdrobnienia (babiś, dziadziuń, tatunio) i nie waha się ich użyć. Czasami kładzie się na łóżku, klepie zachęcająco miejsce obok i składa propozycję nie do odrzucenia („mamiś, cycyś!”)

O dziwo, odmienia. (Co niesiesz? „Dżodża”. Z kim idziesz? „Mamom” Czego szukasz? „Lali”.)

Można się z nią bardzo dobrze dogadać w sprawie rozrywek („keka, siujuju” i gest rysowania, albo „piach, baba” i tutaj udajemy się by wykonać babkę w naszej domowej piaskownicy).

„Aaa” mówi Nina, kiedy chce spać .” Tam” pokazuje generał i każe się nieść, klepiąc mnie jak konia. Jeśli z ust rodziców nierozważnie padnie słowo „kąpiel” można być pewnym, że Dziulka jest już jedną nogą w wannie i drze się „pluuuuuum”.

Kiedy szuka jakiejś zabawki rozkłada rączki i mówi „nie ma”. Ja pokazuję jej sznur ptaków, na co ona komentuje „duzio”.

Cokolwiek robię, zaraz zza pleców słyszę zdecydowane „Niaaa”, co oznacza, że Nina już tu jest i teraz ona osobiście musi zrobić dokładnie to co ja.

A odkąd tata jest na służbowym wyjeździe w dalekim kraju, siada w foteliku samochodowym, który się gdzieś po mieszkaniu poniewiera i oznajmia „Nia, tatuń, brrruuum”.