Dzień z życia

Rano, chwila po 8. Ojciec Dziulki już dawno w drodze do pracy. Dziulkowska śpi.

Świetnie, myślę sobie, zdążę sporo zrobić, zanim się obudzi. I napić się ciepłej kawy, yes yes yes. Jak zwykle niezawodny radar wyłapuje brak mej osoby w łóżku i wszczyna alarm. Nic to. Zaczynamy kolejny dzień, a ja w biegu, między książeczkami, lalkami, klockami i kredkami próbuję przebrać pieluchę, odziać się i potomstwo, nakarmić kogo się da i wypić zimną kawę, którą wszędzie ze sobą noszę.

Przedpołudniowe marudzenie. Ogłaszam spacer z psem. Zaczynamy spacerowy taniec w przedpokoju. Ona już by szła, stoi w drzwiach. Nie, jednak nie chce. Pójdzie, ale bez kurtki. Dobra, z kurtką, ale za to mi wybiera inne buty. Klapki. Rozpacza, bo ja nie chcę klapek. Nie idzie. Wołam psa. Idzie, ale ona prowadzi. Jak chcesz drogie dziecko. Łazimy po osiedlu, pies się pląta, ja jedną ręką ogarniam smycz a drugą asekuruję małego biegacza na schodach. Zaliczamy kałuże, wspinaczkę po paletach, po krawężniku i wszystkie kratki ściekowe. Pies cudem nie ucina nam głowy tą swoją smyczą, bo lata jak nienormalny.

Ze spaceru zgarnia nas sąsiadka z wózkowego gangu, Mama O. Pies do domu, my do O. Do kawy podejście drugie. Prawie ciepła! Wpadają kolejne wózkowe, Mama H. i Mama J. Chcą nas wyciągnąć na spacer. Ostatecznie parkują pojazdy i melinują się z nami. Mamy już na stanie 4 dzieci. Rozmawiamy krzycząc do siebie z różnych części domu, gdzie nas akurat potomstwo ciągnie. W międzyczasie kupy, usypiania, zabawy, płacze, małe i wielkie dramaty, standardowo. Jak mnie kiedyś zaprosi ktoś bez dziecka to nie będę umiała się zachować, będę łazić z tym kubkiem po pokojach, przysięgam.

Dzwoni Najbliższa Sąsiadka. Ktoś na mnie czeka pod drzwiami. Ubieram Dziulkowską i pędzę. Nie udaje mi się zdążyć. Metodą telefoniczną ustalam, że to Mama S. mnie łapie, z rzeczami do paczki, która razem montujemy. Mama S. wpada, zaraz za nią Bezdzietna Koleżanka, odebrać swoje rzeczy, a na koniec Mama L.i P., na chwilkę po zakupach. Latam między ekspresem do kawy, marudzącą Dziulką i wariacją na temat posiłku, który według diety powinnam była wziąć i zjeść 2 godziny temu, a który ciągle jest w fazie produkcji wśród kuchennej masakry. Dziulkowska nie wytrzymuje psychicznie, prowadzi mnie za rękę do sypialni i kategorycznie każe się uśpić. A ja w myślach skreślam z planu posiłków drugie śniadanie i lunch i wpisuję w ich miejsce tort (mąż Mamy O. miał urodziny) i piernikowy popcorn (Bezdzietna Koleżanka robi cuda).

Mama S. wychodzi, czas jechać po S. do przedszkola (ta to się ustawiła!). Zostajemy w 3, dzieci 3, czynnych 2. Nie oznacza to oczywiście, że jesteśmy w stanie ich upilnować. Najpierw duża L. bierze udział w wypadku komunikacyjnym, samochodzik Dziulki kontra kaloryfer. Mama L. pędzie ją pocieszać, ja przechwytuję małą P. Która radośnie wita mnie mlecznym pawiem. Nic to, fajnie jest potulić znowu malucha. Rozsiadam się z małą P. na bujanym fotelu. Na swoją zgubę. Bo akurat w tych rejonach pocieszona z trudem L. układa puzzle na podłodze.Wrzask jest sygnałem, ze jej stópka znalazła sie w wielce nieodpowiednim miejsc. Mama L. tuli ją znów, dając mi znaki migowe, że wszystko pod kontrolą. A ja przeżywam zawał serca bo te spazmy oznaczają jedno- złamałam dziecku nóżkę moim wielkim ciężkim cielskiem na bujanym fotelu! Matkoicórkojedyna! Na szczęście utulona ponownie L. wraca do puzzli na 2 nogach.

Kiedy już wszystkie dziewczyny, duże i małe, kończą miłą wizytę i zostaję sama, Dziulkowska z doskonałym wyczuciem czasu otwiera oczęta swe. I powtarzamy poranne zabawy, zamiast owsianki jiba. Nadciąga odsiecz w postaci mojej Wspaniałej Siostry. Cudowna ta istota rzuca się w świat misiów, farmy i Peppy, a ja jednocześnie zabawiam ją rozmową, a siebie ogarnianiem mieszkania w wersji błyskawicznej,  odpisywaniem na najważniejsze maile i upychaniem dóbr materialnych do paczki przeznaczonych w jedynym wolnym miejscu, czyli za łóżkiem. Ojciec Dziulki też się pojawia i postanawia nas nakarmić. Ja na szybko mierzę się jeszcze z dwoma kupami, kąpielą i usypianiem i już mogę przejąć kuchnię i przygotować posiłki na jutro.

Godzina 22.30, dziecię me śpi, a ja mam WRESZCIE czas dla siebie. Mogę wybierać pomiędzy treningiem, napisaniem zaległych postów, zaległych recenzji, kąpielą albo relaksem z książką, którą przywiozła Wspaniała. Chyba że wybiorę czas spędzony z mężem, film i drinki. Na szczęście moje kochane dziecko nie pozwala mi długo mierzyć się z tym dylematem, wzywając na pierwsze nocne karmienie.

Spróbuję jeszcze się wyczołgać i umyć zęby.

foto:deviantart