Droga na szczyt

Wzruszający tekst o drodze na szczyt i walce o marzenia

*Zima 2012. *

Młoda i piękna wtedy jeszcze nie matka i nie blogerka udaje się do pewnego popularnego sklepu (nie napiszę jakiego dopóki mi nie zapłacą!), w którym akurat między ziemniakami a cebulą z kosza trwa sprzedaż narciarskiego odzienia. Postanowiła nauczyć się jeździć na desce. Zaczyna z mężem. Dzwoni do szkółki narciarskiej:

-Imiona kursantów jeszcze poproszę.

-Katarzyna i Wojciech.

-A ile mają Kasia i Wojtuś latek?

-27

-…

Mąż jest typem „nie umiem jeszcze jeździć, ale już się nudzę na tej oślej łączce, wyjadę na ten wielki stok i zobaczymy, co się stanie”. Co też czyni. Ja jestem raczej typem „może lepiej poczekajmy, aż oni wszyscy zjadą”, więc oblewam się zimnym potem jak tylko uda mi się stanąć na desce i ruszyć. Kolejna próba, już bez instruktora. Po długiej i nierównej walce z orczykiem spędzam godzinę w połowie stoku. Co stanę, to leżę. W końcu nadchodzi czas oddawania wypożyczonego sprzętu, więc na maksa wkurzona odpinam deskę i dreptam z tego stoku na nogach. Mijają mnie slalomem przedszkolaki na nartach. Mąż co prawda wykonał spektakularny upadek z orczyku, kiedy to złapał się jakiegoś słupka, pociągnął go na siebie i wyłączył na chwilę prąd na stoku, ale poza tym jeździ. Zaraz potem okazuje się, że jestem w ciąży. I to jest koniec zarysu wstępu do podstaw snowboardu jak dla mnie.

Zima 2013

Podejście drugie. Każdy pretekst jest dobry, by wyrwać się z domu chociaż na chwilę. Pierwszy wyjazd na górę, wywalam się na orczyku, deska jedzie w prawo, moja noga w lewo, mój tyłek w dół. I to koniec mojej przygody numer dwa, kolejne dwa tygodnie spędzę kicając na jedne nodze.

Zima 2014

Podejście trzecie. Mąż zabiera mnie na stok ostatniej szansy. Taki, że jak tam się nie nauczę, to koniec, kaplica, sromota i pozostaje tylko nordic walking. Taki, że czasami był tak płaski, że trzeba było się napracować, żeby ruszyć. Taki, że raz musiał mnie popchnąć w dół. Taki, że minęłam grupę mam z maluchami na snakach i babcię, taka prawdziwą, w burym płaszczu i berecie, spacerującą sobie. Taki, że wystarczyło tylko raz spaść na twarz z kolejki krzesełkowej zamiast walczyć z orczykiem.

I udało się!

I tak oto stanęłam w tym roku znów na moim pierwszym stoku zgryzoty i hańby, chudsza o 15 kilo, w lepszej o niebo formie (ale tym samym autficie co 3 lata temu, czy to obciach?). I pokonałam go! I kiedy już przebrzmiały fanfary i chóry anielskie i meksykańska fala okazało się, że to faktycznie stok dla przedszkolaków, długi na 200 metrów. Więc przeniosłam się na porządną, długą trasę dla prawdziwych wymiataczy. I z ogromną radością spadam z krzesełka na szczycie góry (pan obsługujący to ustrojstwo tylko za pierwszym razem zatrzymał kolejkę i wyleciał reanimować, teraz jest już pogodzony z tym ,że taki mam styl. Raz trąbnał, jak się zrobił za duży zator). I pędzę w dół jak fioletowa strzała. Jest cudownie.

Co prawda mąż (który teraz ćwiczy triki i skoki) sugeruje, że powinnam teraz jeździć szybciej i każe mi uczyć się takich kosmosów, jak na przykład skręcanie. Ale to właśnie jest super, że tyle do zrobienia przede mną. Bo nie ma nic wspanialszego, niż to uczucie, kiedy coś niewykonalnego nagle się uda.

A teraz dla wszystkich, którzy dotrwali do końca tej pięknej historii niespodzianka. Snowboard a karmienie piersią.

Żartowałam, tak naprawdę mam dla Was tylko 3 morały. Można je wydrukować, powiesić na lodówce, tablicy Korkowa albo wytatuować.

1. Nigdy się nie poddawaj, bo to, co dziś jest wielką górą za jakiś czas okaże się oślą łączką.

2. Najlepsze w życiu jest to, że zawsze za horyzontem jest większy szczyt do zdobycia.

3. Czasami, kiedy jesteś w dołku, życie nie ma sensu i smaku, wszystko jest szare i smutne, wystarczy trochę ruchu na świeżym powietrzu, z daleka od dziecka, a potem zimne, pyszne piwo.