Dobre książki i komplementy

Pod koniec ciąży wysłałam męża do sklepu po pewną wielką, grubą księgę.To było kompendium wiedzy o pierwszym roku życia dziecka. Wielka rzecz. I teraz jak sobie przypominam siebie z, powiedzmy, pierwszych sześciu miesięcy macierzyństwa, mam ochotę wziąć tę książkę i sobie nią porządnie przygrzmocić po głowie.

Karmiąc na łóżku godzinami wertowałam księgę i zaczytywałam się na zapas o problemach, które mnie czekają niechybnie. A 20 każdego miesiąca uroczyście przekładałam zakładkę na kolejny rozdział. Oto skończony 3 miesiąc. Zaczynamy czwarty. I z wypiekami na twarzy zaczytywałam się w porcji wiedzy, że: moje dziecko POWINNO już umieć patrzeć na lewo, machać prawą ręką i zginać duży palec u stopy. MOŻE już umieć patrzeć na prawo, zezować i podnieść głowę o 1,5 cm. A nawet, jeśli mam wyjątkowo zdolne dziecko, to nawet robić dziubek i marszczyć nos. Dalej następował opis tego, co mnie czeka w czwartym miesiącu (palec u nogi, dziubek), jakie mogą targać mną wątpliwości (czy jeśli nie zgina tego palca to jestem złą matką?!), oraz jakie przede mną wyzwania (stały rytm dnia i rytuał kąpieli dobrze robią na rozwój psychoruchowy, czyli zegnie w końcu ten cholerny palec jak mąż się spręży i zdąży na kąpiel na 19). Czasami z rozpaczą odkrywałam, że przegapiłam najlepszy miesiąc na wspieranie rozwoju zmysłu dotyku przez oferowanie różnych faktur. Jak mogłam zapomnieć o różnych fakturach? Moje biedne dziecko, takie zaniedbane!

Z księgą drogi nam się rozeszły w 6 miesiącu właśnie. Otóż w rozdziale o 6 miesiącu pojawiła się informacja, ze wypadałoby zacząć uczyć dziecko pewnych rzeczy. I że dobrze jest uszczelnić okna i odwiedzić sąsiadów i uprzejmie ich z góry przeprosić za hałasy. Bo dziecko będzie płakać. Ja rozumiem, że to trochę żartem podane i przejaskrawione odrobinę, ale jednak zazgrzytało. Dziulka płakała czasem i naprawdę myśl o tym, że może trzeba by zamknąć okno, by nie przeszkadzać czcigodnym sąsiadom w słuchaniu disco polo, tworzeniu rapu, i głośnych libacjach pojawiała się dość rzadko. Mniej więcej nigdy. Zresztą płacz Dziulki i tak pewnie zagłuszał trzask naszych pękających z rozpaczy serc.

Przekartkowałam książkę i w okolicy 8 miesiąca natrafiłam na kolejny wątpliwy pomysł. Autorki radziły w tym mniej więcej wieku zająć się uczeniem dziecka, że otaczający go dorośli mają swoje potrzeby i że należy je szanować. Główną metodą miało być niezaspokajanie potrzeb dziecka. Dobra, nie ukrywam, że moją córkę uważam za wyjątkowo udany egzemplarz. Co tam, precz skromności, jest genialna. Niemniej nie wyobrażałam sobie za bardzo, że w 8 miesiącu jej tok rozumowania będzie wyglądał tak: „O, jakaś stopa, wymemlam ją. O, chropowata faktura, super. Ojej, okazuje się, że jak zawołam mamę to należy spokojnie poczekać na nią 15 minut. O, ktoś tu zrobił kupę.” Niebezpiecznie blisko od podsuwania materiałów o różnych fakturach do nauki o potrzebach innych ludzi.

Dodatkowo poczułam się pewniej w roli mamy, poznałam się z tą moją córką na tyle, żeby zmienić perspektywę. Nie była już cennym i delikatnym urządzeniem, które potrzebuje precyzyjnej instrukcji obsługi. Stała się (cennym i delikatnym) małym człowieczkiem, unikatowym i jedynym w swoim rodzaju, który rozwija się w swoim tempie i wystarczy podążać za jego potrzebami. Nie, żeby to było łatwe. Ale kto mówił, że w ogóle będzie?

Koniec końców książka stoi na półce, bo ani to to odsprzedać, ani nikomu wciskać bubla nie będę. A że ja uwielbiam czytać, to czytam dalej. O dzieciach też, czemu nie. Tylko zamiast podręczników obsługi czytam o rozwoju, o tworzeniu relacji. Nie chcę już przepisu co zrobić. Chcę wiedzy dlaczego coś się dzieje. I z taką wiedzą mogę już sama dojść do tego, jaka będzie reakcja.

Ale do rzeczy. Po tym przydługim wstępie czas na sedno. Wiecie już, że czytam książkę pani Agnieszki Stein, powiem Wam jeszcze, że czytam jej blog i portal Dzikie Dzieci, serdecznie polecam. A dzień po moich urodzinach mogliście się dowiedzieć że… pani Agnieszka czyta dziulkę (no dobra, jeden artykuł na pewno, ale za to jej się podoba)!

dziulka

Tadam!

W ogóle zrobiliście mi niesamowity prezent i wielką radość na moje urodziny numer 29, bo 5 głupot matki znowu zawojowało internet i wszystkie Wasze komentarze, wiadomości, maile i udostępnienia to było coś niesamowitego. Link wrzuciło kilka osób i organizacji, które bardzo lubię, cenię i szanuję, na przykład Kwartalnik Laktacyjny, Fundacja MaMa. Skomentowało go kilka Blogerek, które są Takie Mądre i Fajne (już Wy wiecie). I przyjaciółka Justyny powiedziała, że lubi mój blog i mój styl wychowania, a koleżanka Ewy, że jestem gwiazdą blogosfery. Widzicie, miało być o książce a się chwalę :)

Więc na koniec spróbuję koślawo połączyć te dwa wątki, czytajcie same dobre książki i mówcie ludziom komplementy, bo to i to warto robić. A wiecie, że jesteście naprawdę świetnymi czytelnikami?