Do miasta!

Raz na jakiś czas przydarza mi się wyjazd ze sprawunkami do dużego miasta. Jestem wtedy prze-szczęśliwa. Taki jak parę dni temu. Plan wycieczki wymyślił mój mąż. Wspaniały. Przedszkole, bank, biuro sprzedaży nieruchomości i takie tam atrakcje. Próbował mnie jeszcze skusić obietnicą, że po wszystkim zahaczymy się w dużym mieście na prawdziwą kolację, która nie będzie zawierać pizzy ani frytek ani dzieci. Naprawdę, nie musiał. Wystarczy mi już zupełnie, że cały dzień jestem wożona samochodem bez dzieci, z głośników leci dorosła muzyka, a nie audiobook o Martynce i nikt nic ode mnie nie chce (poza bankiem i panem od nieruchomości, ale proszę bardzo, ja im mogę wszystko podpisać w tym stanie euforycznym), nie muszę łapać rzygów do siatki, wyszukiwać zabawek i odliczać sekundy do celu razem z GPSem spocona cała z tych nerwów- dojedziemy czy nie? Ja się przecież w tym samochodzie relaksuję lepiej niż w spa!

A jeszcze mój mąż wymyślił, że wyruszymy o 7.30 rano i zaczniemy od wspólnego treningu. Bo ja niby narzekam, że nie mam jak iść na fitness. No to prawda, ale… Jasna cholera, nie można tak się rzucać na głęboką wodę!  Przecież ja od etapu narzekania do pierwszej wizyty na siłowni potrzebuję długiej i łagodnej adaptacji.

No więc zrobiłam to, co dojrzali ludzie robią w swoich partnerskich związkach. Udałam, że się bardzo cieszę i subtelnie spiętrzyłam przed nami tyle trudności, że mąż sam odwołał ten romantyczny pomysł. Zostały sprawunki i kolacja, a godzina wyjazdu została przesunięta na rozpustną 8.30. Idealnie!

Zdradzę od razu zakończenie. Kolacji nie było. Nie wyrobiliśmy się. Ale za to były 4 wizyty na stacji benzynowej, w tym jedna zawierała w sobie kupienie kawy, zapiekanek i batonów.  Dla mnie to aż nad to w temacie jedzenia na mieście. Wszystko, czego nie musiałam sama ugotować, czego nie dojadam po dzieciach, co jest ciepłe, nie obślinione przez kogoś przede mną i nie leżało przed chwilą na dywanie zasługuje na gwiazdkę miszlę. Możecie się krzywić, ale kto nigdy nie wycierał buzi roczniaka i nie wsadził sobie do ust kozy z nosa myśląc, że to kawałek jabłka niech pierwszy rzuci kamieniem. Pozostałe wizyty to wizyta na siku, ale się zgubiłam i nie znalazłam toalety i jak mi już mąż wyjaśnił, gdzie jest to wstydziłam się wrócić i musieliśmy jechać na inną stację, siku zakończone sukcesem, oraz tankowanie.

To tankowanie to u nas zawsze punkt kulminacyjny i emocje sięgają zenitu, bo mój mąż żyje na krawędzi i nigdy nie tankuje, jeśli wskaźnik pokazuje więcej niż 10 km. Taka ma zasadę. Kiedyś wkurzyłam  kiedy w śnieżycy, z dziećmi płaczącymi z głodu i chłodu szukaliśmy stacji na oparach. I mu wtedy wygarnęłam. A on mi się przyznał, że kiedyś zszedł do trzech. Trzech kilometrów!Przez przypadek. ( Tu taka dygresja, do teraz się zastanawiam, jak to przez przypadek? Że co, że na przykład jadł  zapiekankę z BP i mu okruchy spadły na licznik i utworzyły cyfry 1 i 0? I cały czas myślał, że ma jeszcze paliwa na 130 km?  Dopiero jak klima mocniej zawiała i je zdmuchnęła to się okazało, że 3?!).

Tak więc temat kolacji mamy odhaczony.

Przedszkole, bank i papierologia u nieruchomości bez większych wpadek się odbyły.

No ale jak już załatwiliśmy wszystkie sprawunki i zmarnowaliśmy cenne godziny życia na wożenie się po dużym mieście (kawa! Muzyka! Było warto!), to zrobiliśmy coś, po co tak naprawdę ta karawana wyruszyła.

Pojechaliśmy do naszego świeżutkiego, nowiutkiego domu, który właśnie zaczynamy wykańczać. I założyliśmy skrzynkę na listy z naszym nowym adresem.

Znaczy, przypięliśmy ją trytkami na siatce.

Ale naszą skrzynkę, na naszej siatce!

Teraz czekam na pierwszą kartkę z wodociągów, że nie mogli odczytać licznika. Chyba nie wytrzymam i ją zroszę łzami wzruszenia, przysięgam!



***

Dziękuję, że tu jesteś! Może zostaniesz jeszcze chwilkę?

Jeśli masz ochotę,

Dzięki!
Kasia

Spotkanie z Kwartalnikiem Laktacyjnym
30 października 2014
Odchudzanie po ciąży – sprawdzona metoda!
14 maja 2014
Tu i teraz: luty 2018
4 marca 2018
Inline
Inline