Czuję, że potrzebuję

Maj, a może początek czerwca. Wracamy z wycieczki. Akurat trafiliśmy na straszną letnią burzę. Pierwszy raz widzę coś takiego. Grad, prawdziwy grad w lecie. Łomocze o dach samochodu. Dziulka śpi mino tego hałasu, tylko dwulatki to potrafią. Na poboczach stoją samochody, kryją się pod drzewami. My suniemy w sznurze odważnych, 30 na godzinę, ale do przodu. Nagle nachodzi mnie okropna ochota na truskawki. W końcu to pełnia sezonu, przy drodze mokną opuszczone w pośpiechu stoiska handlarzy.

I nagle świat postanawia mi podarować truskawki. Nasz sznur samochodów zatrzymuje się w wielkim korku. Stajemy. Odwracam głowę, a tuż za oknem mam wielkie drzewo, pod którym chroni się sprzedawca truskawek z całym towarem. Wystarczy otworzyć okno i poprosić. Stoimy tak dobre kilka minut, mogłabym 10 razy kupić te pieprzone truskawki. Ale tego nie robię. Nie wiem, czemu brakuje mi tego jednego impulsu do działania. Gdyby te truskawki chciała córka, mąż, znalazłabym sposób i w oku cyklonu. A dla mnie samej jakoś mi się... nie opłaca? Wstyd? Głupio? Odjeżdżamy.

Niedługo Festiwal Rodzicielstwa Bliskości w Łodzi. Bardzo mi się marzył. Ale z drugiej strony tyle z tym roboty. Dojechać, nocować, nie nocować, dadzą radę beze mnie czy nie dadzą, a może ich zabrać, ale w sumie nie wiadomo... No i wyprzedały się bilety na wykłady, na których mi zależało. Zostały dwa, no to tak jechać tylko na dwa? A czy da radę? A pieniądze tak na siebie wydawać?

Dziś okazało się, że dorzucają nową pulę biletów. I mój mąż pisze: kupuj! Kupuj koniecznie i jedź. Zależy ci? No to to zrób! Nie martw się ciążą, jak będzie trzeba to cię zawiozę i już.

Poryczałam się. Kiedy to się stało, że tak się zapętliłam w potrzebach całej rodziny, że przestałam dbać o swoje? Kiedy straciłam to magiczne " zależy ci? To stań na rzęsach i rób!" Popłakałam się ze złości na siebie. No i troszkę dlatego, że w telewizorze leciała reklama pieluch, przyznaję. Ale dziewczyny, cholera, nie idźcie tą drogą! Nie zastanawiajcie się na tymi durnymi truskawkami! Ten czas, kiedy potrzeby dziecka są absolutnie na pierwszym miejscu i wypadacie z łazienki zaciskając poślady, z szamponem na głowie i piersią na wierzchu szybko mija. Potem jest czas zmierzania coraz bardziej w stronę równowagi. Balansowania potrzebami. Czasem dwa kroki w tył, czasem wielki skok do przodu.

Pomyślcie o tym, czego Wam teraz potrzeba, żeby mieć czym się dzielić z Waszymi dziećmi.
Kupcie sobie tonę truskawek!