Cud w codzienności

Jestem mamą, która nie upiera się, by młode jak najszybciej usamodzielnić i wyrzucić z gniazda.
Wręcz przeciwnie. Należę zdecydowanie i z wyboru do opiekuńczych gniazdowników. Lubię też usypiać moje dzieci i nie widzę w tym żadnego upośledzenia ani mojego, ani Ich. Wręcz przeciwnie. Huk roboty będzie zawsze, a te wieczorne chwile czułości i te rozmowy wśród nocnej ciszy pewnie nie. Więc cenię je sobie bardzo. I tak ostatnio mój (prawie)ośmiolatek pyta: Mamo, a co to jest cud?
No, tak. To jedno z tych Jego pytań, na które niby znasz odpowiedź. Znasz do momentu, kiedy nie musisz jej zwerbalizować. Kiedyś usłyszałam, że jeśli nie potrafisz czegoś wytłumaczyć dziecku, to znaczy, że sama tego nie rozumiesz. A ja przecież rozumiem, co to cud: to coś wyjątkowego, niezwykłego, co w normalnych warunkach nie powinno się zdarzyć, a jednak się zdarza. Wyjaśniam, podaję przykłady: ktoś bardzo chory ozdrowiał, ktoś, komu nie dawano szans, że wstanie z wózka inwalidzkiego biega w zawodach, ktoś niewidzący zaczął widzieć. I wtedy tak sobie myślę: dlaczego cudem nazywamy przemienienie złego w dobre? A to, że jest dobrze cudem nie jest? To, że wstając rano z łóżka widzę, słyszę, chodzę, mam ciepło w domu, dzieci są zdrowe, a za oknem panuje pokój? Czy musi zdarzyć się jakaś tragedia, by dostrzec w codzienności cud? Miesiąc temu moja kuzynka urodziła córeczkę. Szybki poród, 10 pkt. APGAR. Nagle w drugiej godzinie zanikły u maleńkiej Hani wszelkie funkcje życiowe. Reanimacja, specjalistyczna aparatura, rokowania fatalne. Lekarz powiedział: Czekamy na cud. Rozpacz, strach i modlitwy. Dziś Hania jest w domu, samodzielnie oddycha, samodzielnie je, wymaga jedynie kolejnych kontroli neurologa i lekkiej rehabilitacji. I tak sobie myślę: czy to wystarczający cud? Co jeszcze ma się wydarzyć, na co jeszcze czekamy, by podziękować za codzienny cud bycia tu i teraz? Cud, jakich tysiące zdarza się w każdej sekundzie, gdzieś daleko i gdzieś blisko. Dostrzegam, szanuję i doceniam każdy z nich.
/mkh