bardziej

Całe życie uczymy się, jak być samowystarczalnym. Niezależnym, samodzielnym, jak to ładnie brzmi, jak zaleta. Jak osiągnięcie. Uczymy się, żeby ostrożnie obdarzać zaufaniem i zawsze mieć plan awaryjny. Żeby razem, ale jednak stawiać troszkę bardziej po swojej stronie. Liczyć na siebie. Nie dawać całej ręki w ślad za palcem. Dbać o siebie, bo jak nie my to kto o nas zadba? Trzymać kurczowo to, co udało się już zdobyć. Związek, wiadomo, ale nie daj sobie wejść na głowę. Nie bądź frajerem. Miłość najważniejsza, romantyczne dwie połówki pomarańczy, wreszcie odnalezione, ale jakby co to intercyza nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Życie.

Kiedy rodzi się dziecko, przeżywamy prawdziwy szok. Każdy niby wie, że wszystko się zmienia, że od teraz odpowiedzialność i tyle roboty i nieprzespane noce. Ale nie że aż tak. Nie, że takim kosztem. Ile butelek zostało podanych, bo młodej mamie i całej rzeszy pomocnych nie mieściło się w głowie, że dziecko może być przyrośnięte do piersi niemal całą dobę? I że mama może to przeżyć? Dla nas to tak dziwne i straszne, że nie, to nie może być naturalne. Coś idzie źle. I może dlatego tak nas przeraża i obrzydza ten kilkulatek przy piersi. Taka więź z matką w tym wieku to coś niebezpiecznego. Coś dziwnego, zboczonego. Na siłę i na wszystkie sposoby uczymy nasze maleńkie dzieci samodzielności. Nie wierzymy, że ona przyjdzie sama, w odpowiednim czasie. Ze zgrozą patrzymy na niemowlęta, które nie potrafią same zasnąć, ukoić płaczu, zapewnić sobie rozrywki czy opanować emocji. Ta butelka z kaszką, którą malec potrafi sam utrzymać w swoim łóżeczku to dla nas jakiś wyznacznik postępu, jakiś krok milowy. Znak, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Sam zaspokoi głód. Sam się o siebie zatroszczy. A jeśli nie chce? Jeśli nadal uporczywie walczy i manipuluje, by nas sobie podporządkować? Poradniki i niezawodne metody idą w ruch.

A przecież w którymś momencie to dziecko, tak przez nas pchane do samowystarczalności odwróci się na pięcie i zacznie pędzić tam, gdzie my wszyscy. Szukać towarzysza życia. Czy nie do tego dążymy? I kiedy już znajdzie, zacznie budować kruchą konstrukcję, taką, żeby brać ale nie dać od siebie więcej, niż powinien. Żeby nie być frajerem.

Moja córka pokazała mi, że nie zawsze da się być samowystarczalnym. Że czasem trzeba być słabym. Czasem trzeba się odsłonić. Czasem wejść w tak bliską relację, że niemal zniknąć. Że czasem łatwiej jest wypłakać się przy kimś. Poprosić kogoś o ukojenie smutków. Zasnąć obok. Ciężka to była lekcja i pełna wątpliwości, czy na pewno nie robię jej krzywdy pozwalając na to wszystko. Ale  idzie dobrze i zmieniamy i kształtujemy i rozwijamy się razem. A z nami wszyscy, którzy są blisko. To przywiązanie (uwiązanie, ktoś powie) przenika przez wszystkie relacje. Moi rodzice, moje rodzeństwo, mój mąż, moi przyjaciele. Jest wokół mnie mniej ludzi, ale o ile są BARDZIEJ. A ja bez moich kilku murów i zasad i granic nie czuję się frajerem. Czuję się wspaniale.