Czas nazwać wroga

To miał być tekst o jedzeniu, ekologii i zdrowym, świadomym życiu. O tym, że wcale nie trzeba przenicować swojego trybu życia.  Że można  zmieniać to powoli i bezboleśnie. Wymyśliłam sobie nawet taki cykl, #100małychkroków. I wrócę do tego na pewno.  Ale sama się oszukiwałam, bo tak naprawdę moim celem jest zupełnie coś innego. Nie wiem, czy ten tekst pójdzie w świat, czy tylko sobie wszystko poukładam w głowie. Ale przeczytałam dziś coś, co naprowadziło mnie na właściwe tory i muszę to w końcu sama przed sobą przyznać.

Mam dużo ładnych koleżanek. Bardzo ładnych. Dwie z nich to piękności. Jedna z nich napisała na facebooku tak:

„Paczka makaronu, duuużo oliwy, chilli, cola. Jeden chleb, kilka jajek do zamoczenia chleba, patelnia oleju, masło, sól. Chleb tostowy, ser, ketchup, pomidory, zupka chińska i herbata z cukrem.

Lista zakupów na tydzień? Nie, moja przeciętna kolacja sprzed kilkunastu miesięcy.

Dzisiaj o moim nałogu i sposobie, jaki na niego znalazłam. „(tutaj znajdziecie cały tekst. polecam, tak jak wszystkie inne)

To wszystko to też moja historia, Justyno. A u mnie dalej idzie to tak : od mojej najniższej wagi jestem około 25 kilo na plus. Nie poznaję się na zdjęciach. Nie rozumiem jak to się stało, że nosiłam xs-ki a teraz nie ma dla mnie rozmiarów w sieciówkach. Zachodzę w ciążę. Mój zrujnowany organizm przejmuje kontrolę i nagle wszystko normalnieje. Tyję absolutne minimum, tyle, ile z czasem waży dziecko, wody płodowe i woda zatrzymana w  opuchniętym ciele. Po porodzie tracę to wszystko w kilka dni. Kolejne 15 kilogramów ginie w 15 miesięcy. Nie odchudzam się. Karmię piersią, spaceruję, zajmuję się dzieckiem bardzo intensywnie. Ale tak jak nie widziałam tycia, tak teraz nie widzę, że jest mnie mniej. Nie widzę różnicy.

Przez większość czasu mam to gdzieś. Jestem szczęśliwa. Spełniona. Robię wspaniałe rzeczy. Kocham. Żyję. Sama siebie lubię. Co jakiś czas ktoś mi, że fajnie mnie widzieć taką promienną.

Czasami jest ciężki czas, szereg nieprzespanych nocy, więcej porażek niż sukcesów, ponad średnią wątpliwości.Wracają stare demony. Ale walczę.

Walczę  z dwoma pokusami.

Głodzić się. Żyć o kawie z mlekiem i soku pomidorowym. Na warzywach i jogurtach. Jeść pierwszy posiłek o 14. Mieć absolutną kontrolę. Chudnąć.

Obżerać się. Zrobić sobie ucztę jak dawniej. Albo chociaż zamówić pizzę na pocieszenie. Zagryźć ją czekoladą. Poczuć ulgę nałogowca.

Czuję się idiotycznie, kiedy ubieram to w słowa. To chyba najgłupszy nałóg na świecie.* Jak można mieć problem z tak prosta i naturalną rzeczą, jak jedzenie? Co w tym złego, że czasami się pocieszy czekoladą? Poprawia humor, to naukowo udowodnione. To normalne, że zimą ma się większy apetyt. Nie można się ciągle zdrowo odżywiać.* I tak dalej i tak dalej. Prawda?

Ale mam jedną siłę i jedną słabość zarazem. Wielkie utrudnienie i wielką motywację. Moją córkę.

Moja córka uczy się jeść. Uczy się teraz tego, jak będzie się odżywiać przez całą resztę swojego życia. To wielka sprawa dla każdej matki. Odżywić mały organizm, który tak szybko rośnie i się rozwija. Przekazać dobre nawyki. Zaprogramować odpowiednie smaki. Nauczyć. U mnie pojawiają się kolejne punkty na liście. Za nic, za żadne skarby nie pokazać ścieżki pod tytułem jestem za gruba. Nie pokazać, że jedzenie to stres. Że to problem. Że to nałóg. Że to coś więcej niż pokarm dla ciała i normalna, zdrowa przyjemność.

Jak to ukryć przed własnym dzieckiem? Nie można mówić inaczej a żyć inaczej. To się nie uda. Ona obserwuje i naśladuje z bezwzględną precyzją. Widzi mnie na wylot. Jest tylko jedno rozwiązanie : rozprawić się z tym raz na zawsze.

Też wiem, co mnie goni Justa. Na razie sama próbuję się z tym uporać. Raz jest lepiej, raz gorzej. Mam wsparcie wspaniałych bliskich ludzi. Małymi krokami idę do przodu. To właśnie te moje #100małychkroków.

* *