5 rzeczy, które wybaczamy sobie, ale nie dziecku

Są takie rzeczy, jak na przykład zrobienie kupy w majtasy czy publiczne wypicie wielkiej butli, które ujdą do 2 roku życia, ale dorosłych skazują na (co najmniej) złe spojrzenia otoczenia. Cóż, prawa wieku. Ale to działa także w drugą stronę. Okazuje się, że w wielu przypadkach jesteśmy dla nas, dorosłych, o wiele bardziej tolerancyjni niż dla naszych latorośli.

1. Wspólne spanie

Niemowlak budzi się w nocy do godzinę. Matka zombie zaciska zęby i wędruje do małego, pastelowego pokoiku na końcu korytarza. Już nawet nie zapina piżamy, zbędny, ponadludzki wysiłek. Znacie to. W końcu pada diagnoza, ej, Zdzisiek nie jest głodny, on po prostu bezczelnie odmawia spania samemu i przywołuje sobie towarzystwo. Zignorować! I kaszka na noc, niech trawi a nie przeszkadza dorosłym! Nie wiem jak wy, ale ja też nienawidzę spać sama. Wolę spasować największego focha na świecie by uniknąć cichych dni (nocy!) na kanapie. Nienawidzę mężowskich wyjazdów. Lubię w nocy się wtulić i już. I nie, porządne napchanie się pizzą przed snem nie pomaga. No, może butelka….

2. Dzielenie się

Zmora matek na placu zabaw. Bo tam jest piaskownica. A w niej to jedno jedyne niebieskie wiadro, które nagle nie wiadomo czemu staje się świętym graalem całego towarzystwa. Nieletni właściciel stoczy zaraz bitwę z opiekunką o to, żeby nie zostać antyspołecznym samolubem na wieki. A cała reszta matek będzie się pocić, by przekonać swoje pociechy, że czerwona łopata jest *och jak super wspaniała (błagam, niech się nie rzuca na ziemię w spazmach!). *Dorośli nie muszą się dzielić. Mają swoje zabawki, które są dla innych niedotykalne. I koniec. Wyobrażacie sobie, że na placu zabaw jakaś kobieta chce się pobawić waszym smartfonem? Albo że podoba jej się wasza nowa torebka? Phi!

3. Zazdrość

Nie wiem jak inne matki, ale ja nie mogę dotknąć innego dziecka. Nie mogę potrzymać synka koleżanki, kiedy przyszła w odwiedziny i próbuje zdjąć płaszcz przez głowę za pomocą kolana, z synem uwieszonym na ramieniu. Nie mogę pozachwycać się maleństwem kuzynki, które ma takie malutkie stópki i tak pachnie jak moja córka sto lat temu. No bo rzeczona córka robi scenę zazdrości. Czarna rozpacz i koniec świata. Dzikus taki, trzeba przyzwyczajać przecież. Ale jakby to mój osobisty mąż nagle mi się objawił z jakąś koleżanką uwieszoną ramienia, bo obcasik 12 centymetrowych szpilek jej się złamał i potrzebuje męskiej pomocy… O, moja histeria wprawiłaby w osłupienie najbardziej zbuntowanego dwulatka, gwarantuję.

4. Nieśmiałość

Przyprowadzasz dziecko swe na plac zabaw. Rozsiadasz się na ławce, kawka na wynos stygnie, gazetka czeka. No, idź Kaziu do dzieci, pobaw się! Patrz, jak wesoło. A ten stoi przy tobie jak kołek trzyma za rękę. Ostatni raz tu jesteśmy! Nie wiem co wy robicie, kiedy przychodzicie na imprezę sami, a na środku bawi się zgrane towarzystwo. Może rzucacie się w wir zabawy. Ale ja szukam dobrego punktu do obserwacji i wtapiam się w ścianę. Jakby była choć jedna znajoma osoba… Co za pech, że jedyną znajomą na tym placu zabaw zazwyczaj jest matka!

5. Nie będzie show…

Pamiętacie ten moment, kiedy Kazio zrobił to pierwsze, fenomenalne papa? A Krysia zaśpiewała całe głowa ramiona i to z pokazywaniem? I tylko raz pomyliła ramiona z kolanami? To było coś. Przyjeżdża babcia, dziadek, cztery ciocie, żądne wrażeń i gotowe na show, a tu nic. Zacięło się. Nie pokaże. I nawet pani sąsiadce na ulicy nie powie, jak się nazywa i ile ma latek! No tak, ręką w górę, kto lubi publiczne wystąpienia? Ja zielenieję ze stresu. A jakby mnie moja mama wypchnęła na środek pokoju podczas rodzinnej imprezy i kazała zaśpiewać Orła cień tak ładnie, jak słychać czasem z łazienki… Już wiem jaki koszmar budziłby mnie w nocy!

No i co, chyba czasami opłaca się być dorosłym, co? A jeśli coś pominęłam (na pewno!), nie omieszkajcie mi wypomnieć w komentarzu. Dzięki :)